Ocenzurowana Balladyna

Pierwodruk: Marek Waszkiel, Ocenzurowana Balladyna, TEATR LALEK 2014, nr 1, ss. 37-38.

Trudno już dziś doszukać się w pamięci spektaklu teatru lalek, który doświadczył nożyczek cenzorskich. W roli cenzora tym razem wystąpił dyrektor teatru, ulegając opiniom jakiejś bliżej nieokreślonej i jak to zwykle bywa hałaśliwej grupki widzów, występującej w obronie moralności. Poszło o spektaklową postać prowincjonalnego księdza, który zagląda do kieliszka (po ocenzurowaniu zagląda rzadziej!). W spektaklu rzecz błaha, niewarta nawet słowa komentarza i dowodząca, że wciąż jesteśmy dość oszołomioną społecznością, pełną nieustannych kompleksów, poczucia winy i zwłaszcza aberracyjnej koncepcji nieustannego ścigania winnych naszych nieszczęść, kaleczących szlachetny, czysty, bo przecież wybrany naród. To bardzo w duchu romantycznych wizji spod znaku realnego komunizmu.

Balladyna Olega Żiugżdy rozgrywa się w prowincjonalnej oberży, do której zaglądają okoliczni mieszkańcy, każdy obarczony swoim grzechem, niedostatkiem, niespełnionym marzeniem. I przybierając role w dramacie Słowackiego mają szansę zmierzyć się ze swoim „krzyżem”, snem, marą. Droga do tego zmagania wiedzie wokół przydrożnej kapliczki, ustawionej obok sceny, blisko nas, widzów. Kapliczka ma kształt betlejki, białoruskiej odmiany szopki Bożonarodzeniowej, wypełnionej figurkami rozmaitych postaci. Zatem przez doświadczenie betlejki, zgodnie z ludową tradycją, wiedzie szlak tragedii Juliusza Słowackiego zaproponowany przez białoruskiego reżysera. Twórczość Słowackiego, podobnie jak twórczość innych polskich romantyków, jest mu równie bliska jak nam. Należy i do jego dziedzictwa kulturowego, ale ogląda ją z własnej perspektywy, umieszcza w sobie znanym kontekście kulturowym, więc i zachowania jego bohaterów to zachowania znane mu z osobistych doświadczeń. Bo Balladyna Żiugżdy jest przedstawieniem o jego własnej ojczyźnie. To nieco zakamuflowana i czasem nie dość odważna wizja kraju władanego przez scenicznego Grabca (znakomity Adam Hajduczenia), poruszającego się w nierealnej (lalkowej), a przecież prawdziwej rzeczywistości scenicznej, którą tworzy Goplana (Elżbieta Grad-Cupriak), Skierka (Hanna Banasiak) i Chochlik (Marcin Młynarczyk). Rzeczywistości, w której prawdziwe są wyłącznie ludzkie losy, ludzkie tragedie, dziejące się w relacjach aktorów i drewnianych, nieruchomych, betlejkowych figurek, symbolizujących postaci dramatu Słowackiego.

Żiugżdowej Balladyny przede wszystkim się słucha. Reżyser wykonał piękną pracę z aktorami, którzy mówią tekstem Słowackiego jak najwyższej próby współczesnym dramatem. Cały zespół, oprócz wymienionych także Jarosław Curpiak (Pustelnik), Tomasz Czaplarski (Kirkor), Monika Gryc (Balladyna), Hanna Banasiak (Alina) i Bartosz Budny (Fon Kostryn), zadania aktorskie i interpretacyjne wykonują doskonale. Drobne wątpliwości pojawiają się wówczas, gdy dla zróżnicowania granych postaci trzeba szukać innej barwy głosu i tu stara zawodowa praktyka lalkarska prowadzi czasem w złą stronę. Z kolei działania ze statycznymi figurkami budują wprawdzie niekiedy piękne sceny sytuacyjne, ale w teatrze, w którym sensem jest animacja, ożywianie martwej formy, ten środek teatralnej wypowiedzi, choć zrozumiały, zachwycać nie może. Nie potrzeba aktora-lalkarza, by zrealizować takie zadania reżyserskie. W klimat Balladyny doskonale wpisuje się za to muzyka Bogdana Szczepańskiego, mająca wymiar uniwersalny, kierująca raczej nastrojami i budująca atmosferę dramatu, zastąpiona tylko w ramie spektaklu wątkiem Tańczących Eurydyk Anny German. To zresztą jedyny element określający prawdopodobny czas dziania się spektaklu. Pewną wątpliwość budzi plastyka przedstawienia (scenografia i lalki Walery Raczkowski, kostiumy Nadzieja Jakowlewa): użyteczna, lecz bez wyrazu, zbyt staroświecka, by mówić o dniu dzisiejszym, a to wydaje się intencją reżysera. A może ukrywa się pod nią słabo nam znana prowincjonalność białoruska? To by pewnie wiele tłumaczyło, ale też trudno oddychać wówczas w rytmie zaproponowanym przez autorów spektaklu.

W sumie powstał zajmujący obraz, przedstawienie utrzymujące napięcie, dobrze zagrane, precyzyjnie przemyślane, odczytane na dziś, tyle tylko, że pewnych intencji trzeba się jedynie domyślać, jakby autorom zabrakło troszkę odwagi, by powiedziawszy „a”, dopowiedzieć alfabet do końca. Gdzieś po drodze zaczęli wątpić, czy nie za daleko się zapuścili, czy nie za śmiało przeczytali Juliusza Słowackiego. Oczywiście, że nie! Okazuje się, że i Balladyna może prowokacyjnie i współcześnie zabrzmieć. Brawo Olsztyński Teatr Lalek. A od wizji pełnego kieliszka nie uwolnimy się jeszcze przez kilka pokoleń (oby!) i na nic tu jakiekolwiek protesty.