Wertep

 

Podlaski festiwal wędrujący, sierpień 2017

 

 

Gdyby analizować ideę tego festiwalu – jest wspaniała! W maleńkich miejscowościach, czasem w podlaskich wioskach, ni stąd ni z owąd rozbija się teatralny tabor. Mieszkańcy, dźwigając stołki lub krzesełka, rozsiadają się wokół artystów i całymi popołudniami obserwują ich działania. Wpadałem w przeszłości na wybrane spektakle. Byłem pod wrażeniem. Nieteatralnej publiczności pokazywano rozmaite spektakle, nawet takie, nad którymi i teatromani łamali sobie głowy, choćby Hamlet Adama Walnego.

Trwa 9. edycja Wertepu. Wybrałem się do Narwi. Łąka nad rzeką wypełniona autami. Wprawdzie nie ma żadnego zaplecza gastronomiczno-sanitarnego, ale jest kilka scen-podestów, jest pogoda, pewnie ze dwie setki piknikowiczów, którzy zjechali całymi rodzinami, właściwie jest uroczo. To całkiem inne klimaty niż przed laty, no ale świat się zmienia – myślę sobie, a z nim pewnie i Wertep. Obejrzałem dziewięć spektakli, od 15.00 do 21.00: lalkowych, aktorskich, plenerowych, mimicznych, nawet tanecznych. Było rozmaicie.

Tu kilka słów o spektaklach dla dzieci, tylko w nich były lalki. Choć, czy ja wiem, czy doprawdy były? Kupienie w supermarkecie kilku przedmiotów gospodarstwa domowego, sklecenie prymitywnego wilka na dwóch sznurkach, a nawet sama odwaga publicznego pokazania się to za mało nie tylko na udział w festiwalu, ale nawet na określanie siebie aktorem, lalkarzem, artystą nade wszystko.

Teatr Malutki z Łodzi grał nieśmiertelną (a może już śmiertelną?) Pchłę Szachrajkę. Brzechwa bywa nadal pyszny, ale trzeba by się na nim skupić i mieć coś do powiedzenia. Uporczywa walka z wiatrem doprowadzała aktorki do szału, mikroporty padały co chwila, a odaktorskie wtręty w stylu: „popatrzcie na zamek, bo zaraz go zwieje” (gdy mowa o szkaradnym krześle, na które aktorka próbuje narzucić równie szkaradną szmatę), czy „dobrze że tu nie mieszkam, przy takim wietrze”, były po prostu żałosne. My bowiem lubimy tu mieszkać, wiatr nam nie przeszkadza, tylko nie trzeba się wpychać z marnym przedstawieniem, do tego w plenerowe warunki.

O A3 Teatrze i jego Futerku z obłoków nie warto nawet wspominać. Określenie go amatorską grupą byłoby obrazą dla tysięcy młodych ludzi z pasji uprawiających teatr. Grafomaństwo i bezradność!

Gdański Teatr Barnaby (szumny napis na środku lokomocji głosi: „mobilna scena marionetkowa”) to po prostu doskonały przykład chałtury. Kolega aktor dysponuje wprawdzie tzw. warunkami, ale ze sztuką teatru lalek rozstał się z pewnością dawno temu. Jego wersja Przygód Czerwonego Kapturka poza miejscami wciąż świetnie brzmiącą wierszowaną frazą Brzechwy, niestety psuta odaktorskimi wstawkami, bezradnością animacyjną, kiepskim gustem, a najczęściej efekciarstwem niskiego lotu (jak nisko Wilk latał nad głowami dzieci), sprawiła przykrość. Cienia reakcji, uśmiechu, kontaktu. Patrzymy, no bo skoro już tu jesteśmy??? Tymoteusz wśród ptaków, druga prezentacja Barnaby, to już po prostu groza. Nie dość, że z pociesznego Tymcia aktor próbuje zrobić Puncha (Tymoteusz z pałką!), gra nawet w pseudopunchowskim buth’sie, ozdabia tekst Wilkowskiego głupimi wstawkami, gubi wszystko, co w Tymoteuszu  ważne i dlaczego wciąż jest aktualny, to centralną sceną sztuki czyni wymyślony przez siebie moment zdejmowania przez Tymcia majtek (choć oczywiście lalka Barnaby zrobić tego nie potrafi, ale pogadać może). I to chyba jedyne działanie nagrodzone przez widzów niemrawym śmiechem.

Teatry są, jakie są. Wszyscy się staramy, wychodzi jak wychodzi. Ale na organizatorach spoczywa jednak odpowiedzialność. Spektakle dla dzieci powinny być pod specjalną ochroną, wybierane z wyjątkową wrażliwością i znajomością rzeczy. Tymczasem to organizatorzy, zapowiadając w mediach festiwal, używają określeń, które nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości: mistrzowskie wykonanie, wyjątkowa oferta, najlepsze spektakle, kostiumy dla lalek szyte na miarę (a niby na co mają być szyte?), specjalnie przygotowywane konstrukcje marionetek etc. etc. Media, jak to media, bezmyślnie powtarzają, mecenasi są zadowoleni, publiczność obojętna, ale przecież wiadomo, trzeba jakoś spędzać czas z dziećmi, no a karawana jedzie dalej, interes jakoś się kręci.

Za rok 10. edycja Wertepu, już zapowiedziana. Watro przemyśleć program dla dzieci, bo tym razem najciekawsze okazały się międzyspektaklowe Impresje z baniek mydlanych Sztuki Tworzenia: animator wyciągał co jakiś czas z wiadra z mydlinami dwa długie kije z rozpiętą między nimi siatką, a dzieci miały autentyczną frajdę łapiąc, goniąc, niszcząc i rozbijając wielkie mydlane banie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *