Notatki z Rosji (1)

 

Refleksje z III Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek „Put’ koczevnika”

Ułan Ude, Buriacja (Rosja), IX 2017

 

 

W Rosji są dziesiątki festiwali lalkowych. Organizatorzy starają się, aby nie nakładały się na siebie, ale można całymi tygodniami przemieszczać się z jednego na drugi, oglądając wciąż nowe przedstawienia, a i tak w stosunku do powstających spektakli zobaczy się niewiele. Od początku września ruszyło Ułan Ude, potem Riazań, Mitiszcze, Omsk, Moskwa, dalej Sankt Petersburg i wiele, wiele innych, a to wciąż raptem pierwsze tygodnie nowego sezonu. Nawet rosyjscy krytycy teatru lalek, zawodowo podróżujący po kraju, nie mają szansy, by dotrzeć do większości miejsc. Festiwale w zasadzie nie są nastawione na nowości, można więc czasem obejrzeć spektakle nawet sprzed kilkunastu lat i mieć wgląd w przemiany rosyjskiego lalkarstwa, nie bywając tu regularnie.

Ułan Ude jest stolicą Buriacji i przyciąga Bajkałem. Prawdziwe morze w środku lądu to doprawdy atrakcja. Ale i festiwal jest zaskakujący. Większości występujących tu teatrów Europejczykowi pewnie w życiu nie uda się zobaczyć i jest czego żałować. Oprócz Buriatów, Tuwińcy, Jakuci, zespoły z Irkucji, Czyty, regionu Krasnojarskiego, Mongołowie. Można dostać zawrotu głowy, bo wszystko nowe, nieznane, zaskakujące, nieoczekiwane, a to w rytmie buddyjskich medytacji, a to szamańskich praktyk, choć jednocześnie współczesne, żywe, wciąż obchodzące i ogromnie uniwersalne.

W samym Ułan Ude jest obchodzący właśnie 50-lecie istnienia Teatr Lalek Ulger, kierowany przez Erdeni Żołcanowa. Wraz z kolejnymi jubileuszami teatr organizuje co pięć lat międzynarodowy festiwal. Inaugurowali go gospodarze zaskakującym przedstawieniem dla młodzieży i dorosłych Sainer. Rozmawiający z wiatrem, będącym osobliwą refleksją o buriackim bohaterze, tutejszym legendarnym Robin Hoodzie czy naszym Janosiku, odbierającym bogatym i dzielącym się z biednymi. Historia opowiedziana nie ma wszak linearności, tworzą ją obrazy, dźwięki, starodawne pieśni i kształty, budowane z rąk aktorów, rąk wzbogaconych jakimś materiałem, np. pasmami włosów narzuconych na przedramię aktora kreujące a vista końskie grzywy, całe postaci koni, a zręcznie preparowany papier, zapisany rozmaitymi inskrypcjami – przestrzeń, w której wszystko się dzieje. W centralnym miejscu sceny, ale jakby na drugim planie, znajduje się wizerunek zakutego w dyby Sainera, będącego nieustępliwym przeciwnikiem mandżurskich władców. Spektakl ma magiczną siłę i niezwykły plastyczny kształt.

Inną atrakcją festiwalu było przedstawienie Teatru Lalek Tirliamy z irkuckiego Bratska Mała historia o wielkim marzeniu opowiadająca historię źrebaka, zamieszkującego  domostwo starego żołnierza, któremu wojna odebrała niemal wszystko, poza jego wierną frontową towarzyszką kobyłą i owym źrebakiem. Marionetkowe przedstawienie ma silnie nostalgiczny ton. Bohaterowie chcą wyłuskać z otaczającej ich rzeczywistości odrobinę szczęścia, spełnić swoje marzenia, które mają rozmaity wymiar. Najpiękniejszą przemianę przechodzi źrebak, tęskniący za karierą cyrkowego artysty, który trafiwszy wreszcie na cyrkową arenę odkrywa swój talent: umie chodzić na przednich nogach. To jedna z takich wzruszających scen, które w teatrze lalek wywołują zachwyt. Bowiem coś, co jest niemożliwe – dla lalek okazuje się wykonalne. Marionetki nie podlegają prawom fizyki, ludzkiej/końskiej biologii. Dostrzegł to już niemal dwa wielki temu Heinrich von Kleist, zestawiając możliwości tancerza żywego i jego marionetkowej odmiany. Podobnie w Bratskim spektaklu – atrakcyjność lalek zaczyna się tam, gdzie kończą się możliwości człowieka.

Lalkarstwo nieustannie wymaga doskonałości technicznej, zwłaszcza w klasycznych technikach. Bez niej budowany obraz bywa często mało atrakcyjny, zwłaszcza gdy uwidaczniają się niedostatki dramaturgiczne, aktorskie czy interpretacyjne. Na tym tle dobrze jest zobaczyć czasem starych mistrzów, dla których nie istnieją ograniczenia techniczne. W Ułan Ude z jednej strony taki niezwykły warsztat pokazali Chińczycy z Rugao, z drugiej – jeden z najstarszych marionetkowych teatrów na świecie, petersburski Teatr Marionetek im. Demmeniego, który wkrótce obchodzić będzie setną rocznicę istnienia. Chińczycy zademonstrowali w zasadzie tradycyjny układ estradowych numerów lalkowych z jawajkami: tancerki z szarfami, młody mężczyzna malujący pędzlem na blejtramie, chiński klown, wielokrotnie zmieniający maski na twarzy magik. Siła tych prezentacji tkwi w wirtuozerskiej animacji. To sceny pojawiające się równie często w chińskiej operze, ale w teatrze lalek wydają się jeszcze atrakcyjniejsze – doskonałość techniczna wykonania doprawdy jest fascynująca. Lalkarze Teatru Demmeniego, choć przecież równie mistrzowscy, zwłaszcza w tak wyeksploatowanych spektaklach jak Lalki i klowni, muszą szukać dodatkowych atrakcji. Same numery z atletami dźwigającymi ciężary czy baletnicami na linie dziś już nie wystarczają, choć są wykonywane perfekcyjnie. To wszystko stało się zbyt popularne i opatrzone. Ich spektakl przyciąga uwagę aktorską klownadą wykonywaną na doskonałym poziomie.

Być może największą atrakcją festiwalu w Ułan Ude był spektakl niedawno powstałego teatru lalek z Tywy, który zaprezentował w oryginalnej i mało tu znanej technice teatru cieni przedstawienie Belek (Podarunek). Choć w zamierzeniu twórców miał to być swoisty hołd złożony z okazji 70-lecia wielkiego zwycięstwa II wojny światowej, czyta się go znacznie szerzej, w wymiarze uniwersalnym. Opowiada historię małego chłopca, który chce pomóc ojcu, żołnierzowi Armii Czerwonej, walczącemu na froncie. Po licznych zmaganiach i przygodach organizuje „armię” zwierząt (jeleni), z którymi udaje się w podróż na front. Zaskakujący temat, niezwykła wyobraźnia, żywa muzyka czterech instrumentalistów i magiczne obrazy budowane z płaskich kolorowych figur na dużym ekranie. Ten spektakl pozostawia silny ślad w pamięci.

Doprawdy ciekawy festiwal w Ułan Ude zakończył spektakl Wielkiego Teatru Lalek z Sankt Petersburga, który jednocześnie rozpoczął w Buriacji tygodniowe gościnne występy. Organizowane i finansowane centralnie występy gościnne rozmaitych rosyjskich teatrów w różnych regionach kraju są zjawiskiem doprawdy wyjątkowym. To nie tylko szansa dla widzów oddalonych o tysiące kilometrów zobaczenia ważnych zjawisk w rosyjskim teatrze, ale i atrakcyjne spotkania dla obydwu stron. Zwłaszcza że w tych wielkich objazdach uczestniczą nie tylko teatry z Moskwy czy Sankt Petersburga, ale rozmaite zespoły (choćby buriacki Ulger), które odwiedzają centralne bądź inne odległe miejsca tego niewyobrażalnie wielkiego kraju. Występy petersburskiego BTK rozpoczął spektakl My Jewgienija Zamiatina w reżyserii Rusłana Kudaszowa. Widziałem ten spektakl zaraz po premierze, jakieś siedem-osiem lat temu. Był pierwszym spektaklem Kudaszowa z młodymi studentami jego kursu lalkarskiego w Petersburskiej Akademii Teatralnej i zrobił wówczas na mnie ogromne wrażenie. Dziś, po latach, wyszedłem z przedstawienia chyba jeszcze bardziej poruszony. Adaptacja starej, blisko 100 lat temu napisanej utopijnej powieści Zamiatina, będącej jakby pierwowzorem Orwelowskiego Roku 1984, nabrała i niezwykłej aktualności, i chyba jeszcze większej siły. Buriacka publiczność wypełniająca wielką widownię rosyjskiego teatru dramatycznego w Ułan Ude wiwatowała. Mnie zachwyciła niezwykłość przeniesienia tej złożonej i fascynującej tematyki ja – my, indywidualne – zbiorowe, wolne – narzucone, wyobraźnia – schemat na kilkunastoosobowy zespół aktorski posługujący się najprostszymi, „szkolnymi” drewnianymi jawajkami, ograniczonymi do głowy trzymanej na krótkim gabicie i dwóch czempurytów do rąk. Teatr lalek może wyrazić doprawdy wszystko. Ale… trzeba zrozumieć lalkę. 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *