Plexus Polaire – „Popioły” (Cendres/Ashes)

 

III Międzynarodowy Festiwal Sztuki Animacji ANIMART

Łódź, wrzesień/październik 2017

 

ANIMART nabiera rozpędu. Łączy teatr lalek z animacją filmową, choć program budowany jest oddzielnie. Zainteresowani teatrem nie oglądają propozycji filmowych i odwrotnie. Szkoda. Te dwa współczesne „języki” artystyczne są doprawdy blisko siebie. Film animowany wykorzystał już dawno temu osiągnięcia lalkarzy i poszedł swoją drogą. Lalkarze oddali co najcenniejsze – kunszt animacji i wycofali się do środków aktorsko-literackich. Świat teatru lalek (jak go rozumiemy w Polsce) też bywa fascynujący, ale niezmiernie rzadko korzysta z osiągnięć młodszej dyscypliny, filmu animowanego, i żal, że łódzki festiwal nie tylko nie wychwytuje zdarzeń artystycznych powstających na styku tych dwóch dyscyplin, ale nawet nie ułatwia kontaktów tak atrakcyjnych i odmiennych dziś środowisk. Może w przyszłości. Warto pamiętać, że dopóki się nie spotkamy, nie poznamy, nie zaprzyjaźnimy, nie będziemy współtworzyć wspólnych dzieł.

Do Łodzi wpadłem na dwa dni tylko, widziałem zaledwie 7 przedstawień, prowokujących więcej dyskusji niż przynoszących satysfakcję, ale jest nad czym rozmyślać i w kontekście festiwalowego programu, i poszukiwań (?) poszczególnych twórców i teatrów.

Jeden spektakl był wszak bezwzględnym wydarzeniem i o nim kilka słów. Mam na myśli powstałe przed trzema laty Popioły (w Łodzi tłumaczone chyba nie najlepiej jako Proch) francusko-norweskiej grupy Plexus Polaire. Grupa w zasadzie jest międzynarodowa. Tworzą ją artyści z różnych krajów (Włoch, Hiszpanii, Norwegii, Danii, Francji, Rosji), których łączą doświadczenia teatralne zbierane przede wszystkim we Francji: w paryskiej szkole Jacquesa Lecoq’a, lalkarskiej uczelni w Charleville-Mézières i praktyka w Compagnie Philippe Genty. Założycielką i artystyczną leaderką grupy jest Yngvild Aspeli, Norweżka, absolwentka obydwu francuskich uczelni, która już blisko dekadę prowadzi tę osobliwą formację artystyczną, skupiając wokół siebie artystów rozmaitych dyscyplin (lalkarstwo, cyrk, sztuka aktorska, muzyka, choreografia, kostiumologia, sztuki plastyczne, video, grafika).

Popioły, oparte na powieści norweskiego pisarza Gaute Heivoll Zanim spłonę (wyd. polskie Świat książki, 2011), nawiązują do autentycznych wydarzeń w małym norweskim miasteczku Finsland, gdzie pewnego dnia w 1978 spłonął dom, a zaraz potem rozpętała się seria dziwnych podpaleń, które uruchomiły grozę i przerażenie zarówno wśród całej lokalnej społeczności, jak i narastający dramat ujawnionego wkrótce piromana, zmagającego się z własną osobowością, uwalniającego demony, które czają się w każdym z nas. Spektakl nie ma w sobie nic z opowiadania historii. Na przezroczystym tiulu wyświetlane są zdawkowe frazy, wydobywające się z klawiatury pisarza, piszącego powieść. Istotą przedstawienia są obrazy budowane na wielu planach. Z tyłu na horyzoncie są projekcie wideo, przedstawiające małe, oddzielone od siebie budynki, szopy, stodoły, w których co i raz wybucha ogień. To jakby tło, całkowicie nieagresyjne, bardziej kreślące miejsca i charakter zdarzeń. Bliżej widza jest przestrzeń-droga, po której porusza się m.in. podpalacz (lalka stolikowa). Jest on wciąż w ruchu, idzie, biegnie, płynie i fruwa kiedy ulega euforii swojej manii i doprawdy majstersztykiem jest oglądanie niewiarygodnie precyzyjnej i wirtuozerskiej animacji lalki piromana. Animatorzy pozostają w cieniu, oglądamy wyłącznie lalkę, półmetrowej wielkości.

Na pierwszym planie dzieje się najwięcej. Tam spotykają się wszyscy bohaterowie, matka, ojciec – szef lokalnej straży i sam podpalacz. Tu lalki są już ludzkich rozmiarów, niemal realistyczne, wciąż prowadzone przez ukrytych w cieniu animatorów, niekiedy ubranych w kostiumy postaci scenicznych, co sprawia, że nie sposób odróżnić człowieka od lalki. Bohaterom wracają rozmaite wspomnienia, zapamiętane z przeszłości obrazy, nie tworzące żadnej logicznej całości, pozwalające na indywidualne snucie skojarzeń i refleksji przez każdego z widzów, ale przyciągające nieprawdopodobnie uwagę i koncentrujące na każdym działaniu. Wśród tych obrazów wyłania się niczym demon upiorny nadnaturalnej wielkości pies, będący uosobieniem wszystkich lęków i opresji. Pojawiająca się z czerni gigantyczna lalka psa wydawać by się mogło pochodzi ze świata filmu. Takiego efektu nie można uzyskać w teatrze! A jednak!!! Zachwycających obrazów i animacji jest w spektaklu znacznie więcej, choćby finałowy ogień spalający od środka bohatera.

Niewiarygodna jest muzyka, właściwie sfera sonoryczna tego spektaklu, zrealizowana przez  Guro Moe Skumsnes i Ane-Marthe Sørlie Holen oraz reżyseria światła zaprojektowanego przez Davida Farine.

I największą niespodziankę przynosi moment pojawienia się aktorów-animatorów na scenie. Jest ich trzech! Wydawać by się mogło, że do zagrania tego przedstawienia trzeba zatrudnić wieloosobowy zespół aktorski. Chwilami mamy na scenie siedem-dziewięć pełnowymiarowych ludzkich postaci. Mnożenie bytów scenicznych to już tajemnica Philippe’a Genty, który pełnił w spektaklu rolę zewnętrznego obserwatora.

Plexus Polaire wystąpił po raz pierwszy w Polsce. Kto zaprosi ich najnowszą produkcję, Chambre noire, której premiera odbyła się kilka dni temu podczas festiwalu lalkarskiego w Charleville-Mézières?

Fot. ze strony internetowej Plexus Polaire.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *