Czy ptaki mogą latać?

 

Nauka latania wg noweli Richarda Bacha Jonathan Livingston Seagull

BTL, październik 2017

 

Z zaskakującym pytaniem wychodzę z najnowszej premiery w Białostockim Teatrze Lalek: czy ptaki mogą latać? Wygląda na to, że raczej nie. Na scenie nie brakuje wielkich dziobów wyrośniętych piskląt mew (pacynki), siedzących w gnieździe i czekających na pożywienie. Latają ich rodzice, by to pożywienie zdobyć. Lata także dorastający Jonathan, ale nie satysfakcjonuje go zdobywanie pożywienia. On chce więcej, chce  l a t a ć !

I tu zaczynają się znaczeniowe i inscenizacyjne komplikacje. Jonathan chce latać w sensie metaforycznym, chce wznosić się do doskonałości, chce być wolnym, niezależnym, chciałoby się rzec transcendentnym. Joanna Gerigk, reżyserka przedstawienia, nie zostawia przestrzeni dla tych subtelności. Metafora Bacha w białostockim przedstawieniu zostaje sprowadzona do banału: mewa o imieniu Jonathan, nie bacząc na to że latać umie, uczy się latać i wykonuje żmudne ćwiczenia – ryje dziobem po skałach, spada i podnosi się, usztywnia skrzydła, kurczy je, ale od samego początku lata. Więc tytułowa nauka latania, będąca wyrafinowaną metaforą, została odarta ze swojej istoty. Teatr ją pogrzebał.

Podstawa literacka spektaklu jest chyba doskonałym tekstem. Ale to proza, opowiadanie, w którym jest miejsce i na autorską narrację, i na wyobraźnię czytelnika. W spektaklu miejsca dla tej wyobraźni zabrakło. Wszystko stało się dosłowne, przez to nieprawdziwe i banalne. Do tak pomyślanej inscenizacji nie może pasować adaptacja noweli Bacha autorstwa Andrzeja Pieczyńskiego. Uproszczone teksty odbijają się od banału, by dosięgnąć śmiesznej wzniosłości, nawet jeśli poszczególne zdania są  piękne, jak „jedynym prawdziwym prawem jest to, które prowadzi do wolności. Nie ma innego.” W głowie widza otwierają się dziwne ścieżki: może to coś z Zamiatina, może z Orwellowskiej wizji świata, może po prostu odbicie rzeczywistości, bo przecież w spektaklu w sumie mowa o opresyjnym społeczeństwie, którym kieruje mityczny osobnik, mewa-przywódca, strzegący prawa, tradycji i przeszłości, ślepy na teraźniejszość, na przyszłość, na indywidualność. I skazuje na banicję każdego, kto sprzeciwi się temu prawu (banitą zostaje więc i Jonathan, wyrzucony ze stada). Nic z tych rzeczy. To po prostu nauka latania. A kiedy nasz bohater posiądzie już tę umiejętność, dołączy do towarzystwa innych mew-szczęśliwców, wstąpi w inny wymiar życia (zaczynają się pojawiać tematy i idee buddyzmu), choć na scenie lata jak latał, tylko teraz wśród projekcji chmur. Doskonaląc swoje „latanie” osiągnie kolejny próg – potrzebę miłości, którą wykorzysta w naiwny powrót do swoich, by własne umiejętności, na przekór stadu mew, przekazać kolejnym zapaleńcom i marzycielom. No i świat będzie się kręcił dalej.

Uwalniając się od słabego i zupełnie pozbawionego dramaturgii tekstu adaptacji, który z pewnością lepiej wygląda w krótkim opisie niż w wersji scenicznej, można wkroczyć w świat teatru. A jest w co wkraczać. Rozmach inscenizacyjno-plastyczny (scenografia Jan Polivka) doprawdy imponuje. Mamy na scenie taką czeską maszynę do grania, którą z genialnym powodzeniem stosował przed laty Josef Krofta z Petrem Matáskiem w okresie świetności Draka z Hradec Králové. Polivka poszedł o krok dalej i może o krok za daleko. Tę maszynę rozłożył na części, wypełnia ona okno sceny, składa się z trzech niezależnych i gigantycznych jakby kokpitów okrętowych, z wielką kwadratową dziurą w środku każdego, która może być gniazdem mew, może być (po ustawieniu kokpitów jeden za drugim) – dziurą w przestrzeni, drogą, którą pokonują wyzwolone mewy. W scenografii też odbijają się jakieś buddyjskie motywy (koła i kwadraty, zewnętrzność i wewnętrzność nasuwają skojarzenia z mandalą, z harmonią świata). Lecz brakuje lekkości, choć mowa o fruwaniu, wolności, o locie. Wyglądające ciężko i solidnie elementy scenograficzne, niczym z wiktoriańskiej epoki, uzupełniają spuszczane przezroczyste ekrany, na których wyświetlane są projekcje morza (wody), skał czy podniebnych przestworzy pokrytych malowniczymi kłębiastymi chmurami. Jest w tej propozycji plastycznej dużo urody i choć nie przekonuje mnie jej masywność, skomplikowany układ przestrzenny, w sumie niewielkie możliwości kształtowania tej przestrzeni, wizualna strona przedstawienia stanowi bezwzględnie jego atrakcję.

Takiego przekonania nie mam wobec muzyki Sebastiana Ładyżyńskiego, zwłaszcza tych partii, które ściśle łączą się z fruwaniem, lotem, szczęściem, a w sferze dźwiękowej, za sprawą kotłów i instrumentów perkusyjnych, raczej przypominają tryumfalne przemarsze rzymskich legionów, kino à la Gladiator!

Aktorzy wykonują ciężką pracę. Nie ma tu materiału literackiego na budowanie postaci, ich charakterów. Trzeba się skoncentrować na animacji, bo to jednak spektakl lalkowy. Lalki latających ptaków wymagają precyzji i sprawności w działaniu. Nie mają nazbyt wielu możliwości ruchu, ale wykorzystanie już tych wpisanych w ich konstrukcje wymaga pokory i precyzji. Pięknie radzi sobie z tymi zadaniami Mateusz Smaczny w roli Jonathana, choć nawet jego działania nie wprawiają widza w oczarowanie. Może dlatego, że spektakl nie ma punktów kulminacyjnych, że wszystko się dzieje w jednym rytmie, legato, że właściwie nawet w animacji nie ma przekształceń, które wprawiałby widza w zdumienie. Ot, po prostu widzimy, że aktorzy dobrze wykonują swoją profesję, a my siedzimy na widowni i bez żadnych emocji patrzymy na toczące się przedstawienie.

W sumie – ładne przedstawienie! No i BTL! Po kolejnych zmianach, adaptacjach, doposażeniu to chyba najlepiej wyposażona scena lalkowa w Polsce. Jaką przyjemność sprawia tu obserwowanie pracy całej techniki scenicznej: bezszelestnej, niewidocznej, a idealnie zharmonizowanej z budynkiem i przestrzeniami scenicznymi. Nic, tylko czekać na arcydzieła!

 

Fot. ze strony internetowej BTL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *