Odsapka czy nuda

 

Pierwodruk: Marek Waszkiel, Odsapka czy nuda, GAZETA WSPÓŁCZESNA 14 VI 1985, nr 137.

 

Podczas Sezonu Teatru Narodów w Nancy w 1984 roku występował belgijski teatr Jeana Fabre ze spektaklem, który poruszył publiczność. Jedni manifestacyjnie opuszczali widownię, inni sarkali z obrzydzeniem, któryś z widzów demonstracyjnie rozbierał się na sali. Byli i tacy, którym widowisko przypadło do gustu; część publiczności zachowała ospałą obojętność. Na scenie działo się niewiele, choć działo się 6, 7 może 8 godzin. Aktorzy powtarzali jedną lub kilka czynności aż do kompletnego wyczerpania fizycznego. Mogło to być ćwiczenie gimnastyczne, czynność rozbierania się i ubierania, przenoszenia roześmianych partnerek z głębi sceny na proscenium, skąd natychmiast powracały one na poprzednie miejsce etc. Czynności te powtarzano kilkadziesiąt, kilkaset razy w zależności od kondycji aktorskiej. Wprawdzie byli i tacy, którzy przypisywali owym eksperymentom metafizyczne właściwości, mało kto kwestionował, że widowisko było nudne. Ileż to zresztą razy ogarniało nas w teatrze czy kinie uczucie nudy?

Czym jest nuda? Jak wygląda? Wojciech Szelachowski próbuje odpowiedzieć na te pytania w najnowszym spektaklu Białostockiego Teatru Lalek zatytułowanym „Krasnal Odsapka”. Tematem swojej sztuki uczynił bezgraniczną nudę; nie bardzo wiadomo tylko, co chciał osiągnąć. Bo gdyby zamierzał ją zilustrować i zamierzenie to powiodłoby się, musielibyśmy uznać go za odkrywcę mroków ludzkiej psychiki, a spektakl stałby się fascynujący choćby tylko z racji poznawczych. Jeśli zaś reżyser chciał nam powiedzieć, że w teatrze lalek nawet nuda jest interesująca, zawiódł go nie tylko autor (nudny nieinteresująco), lecz także własna intuicja.

Zatem jedynym logicznym usprawiedliwieniem autorskiego spektaklu Wojciecha Szelachowskiego jest to, że nudzimy się zgodnie z założeniem autora, choć może bardziej niż mu się wydaje, bo trudno uwierzyć, że wyłącznie zanudzenie widzów było celem reżysera. Tylko czy warto zabierać publiczności aż 90 minut, żeby „tyle” powiedzieć?

Szelachowski podbił publiczność „Panem Fajnackim”. Zebrał zasłużone pochwały. Głównie Jako autor, choć i debiut reżyserski był udany. Tym razem znów występuje w roli autora i reżysera. W pewnym sensie to powód do zadowolenia, bo pojawił się przecież nowy autor. Z drugiej strony, „Krasnal Odsapka” jest przedstawieniem dyplomowym i chcielibyśmy poznać umiejętności młodego reżysera, przed którym za kilka miesięcy otworzą się sceny teatrów lalek całej Polski. Tymczasem możemy o nim powiedzieć wciąż niewiele; być może znacznie mniej, niż po obejrzeniu „Pana Fajnackiego”.

„Krasnal Odsapka” jest przede wszystkim złą sztuką, bez pomysłu, bez dramaturgii. Wszystkie postacie wygłaszają nieważne kwestie. W warstwie językowej roi się tu od kosmitów, telepatii, bioprądów, artystycznego bimbanka, eksportowych krasnoludków, bzdur i bezsensów (wszystkie te określenia pochodzą z tekstu sztuki). Język sztuki jest chropowaty, jak z niedobrej kabaretowej konferansjerki. Dużo cytatów, zapożyczeń, literackich odniesień, które prowadzą donikąd. I jest jeszcze morał, choć mało precyzyjnie zapisany: zmuszona do kompromisu władza, w gruncie rzeczy kompromisu tego nigdy nie uzna. Królestwo Nudy nie będzie miało końca.

W przedstawieniu żadnego morału w ogóle nie ma. Są tylko pomysłowe imiona bohaterów: Odsapka – dwumetrowy krasnal na rencie, bezrobotna Nocnica z galerii nieudanych czarownic, muminkowaty Włóczysznur, galant Czikago z Węgier (?!), bezrozumny profesor Rozumek i kilka innych postaci. Poruszają się one w krainie Nudy, którą wyznacza na scenie usychające drzewo i kilka porozrzucanych skrzynek drewnianych (to też wymyślił autor sztuki). Scenograf Krzysztof Kulesza, ograniczył się chyba do projektowania kostiumów.

Dzieciom najbardziej podobały się kolorowe światła. Mnie – sceny, w których pojawiał się Marek Kotkowski – niemy Włóczysznur: powolny i ironiczny. Zbudował sobie własny świat, wyzwolił się spod władzy Nudy i nudy, nie wypowiadając żadnej kwestii odgrodził się od rozgadanych mieszkańców Krainy Nieudanych Bajek, których po prostu nie zauważa. Kotkowski gra twarzą, żywą, ekspresyjną. Przybiera maskę człowieka zwycięskiego, choć bezsilnego. Czuje się w nim jakąś prawdę i automatycznie przyrównuje do roli Wielkiego Wodza Pieczki w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Niestety, nie z winy aktora, rola ta niczemu nie służy.

Podobnie jest z pozostałymi postaciami. Wysiłek aktorów jest daremny. Zostali wprowadzeni do labiryntu. Bo cóż ma do powiedzenia profesor Rozumek (Piotr Damulewicz), Nocnica (Alicja Butkiewicz), Czikago (Mieczysław Fiodorow), nie mówiąc o Zapominajce (Alicja Grzechowiak,) Mowlaku (Dezyderiusz Gałecki), Beztwarzym (Marek Janik). Wyrzucają z siebie słowa, próbują im nadać sens, lecz słowa te brzmią obco, sztucznie. Wszelka charakterystyczność jest natychmiast karykaturalna. Więc podniecenie, podniesione głosy, bieganina i nienaturalność. Zwielokrotniona teatralizacja.

Dobre miejsca ma Małgorzata Płońska w roli głupiego Jasia, zwłaszcza tam, gdzie nie przeszkadza jej tekst. Tytułowy Odsapka Zdzisława Reja zdążył już zobojętnieć na sprawy Krainy Nieudanych Bajek. Reżyser zarejestrował jego głos na taśmie. Aktor nabiera animuszu jedynie w scenach z Włóczysznurem – Kotkowskim. Muzyczny koncert na gwizdki, durszlaki, pokrywki i syrenę alarmową jest najzabawniejszą sceną w przedstawieniu. Szkoda tylko, że i tu reżyser nie zaufał aktorom. Z głośników słyszymy podkład muzyczny, który psuje efekt improwizacji. Podziwiam aktorów, którzy nie tylko godzą się, by ich, wysiłek szedł na marne, ale próbują ratować spektakl, którego uratować się nie da.

Była to ostatnia premiera Białostockiego Teatru Lalek w sezonie 1984/1985. Chyba najmniej udana, choć o powodzeniu „Krasnala Odsapki” Wojciecha Szelachowskiego zadecydują widzowie.