Bielsko-europejska perspektywa

 

Pierwodruk: Marek Waszkiel, Bielsko-europejska perspektywa, TEATR LALEK 1996, nr 2, ss. 11-12.

          

XVII festiwal teatrów lalek w Bielsku-Białej dostarczył wielu satysfakcji. Przede wszystkim odetchnęliśmy, że niepowodzenie poprzedniego festiwalu, w 1994, było przypadkiem, który zawsze może się zdarzyć. Po wtóre okazało się, że można jednak zorganizować lalkowy festiwal. Pojęcie „teatr lalek” trzeba wprawdzie rozumieć dość szeroko (do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić), nie na tyle jednak, by przeważyły wątpliwości, a wraz z nimi nasilająca się niechęć wobec festiwalowych prezentacji, choćby i najciekawszych, ale nieuczciwych wobec widza, fatygującego się do Bielska z powodu przecież lalkowego festiwalu. Po trzecie – festiwal pokazał dobry i ciekawy teatr lalek: może bez wielkich wydarzeń (organizatorzy zaplanowali przynajmniej jedno – występ japońskiego Dondoro – lecz ten odwołał swój przyjazd w ostatniej chwili), ale i bez nieporozumień. Były za ta przedstawienia pozwalające rozkoszować się sztuką teatru lalek. I mimo iż w ocenach nie byliśmy zgodni, niemal wszystkie przedstawienia wywoływały żywe dyskusje, a zwłaszcza przyjemność z obcowania z teatrem lalek. O tym, że był to udany festiwal świadczy wreszcie i fakt, że redakcja „Teatru Lalek” zdecydowała się na zamieszczenie wielogłosu sumującego bielską imprezę, co nie jest przecież praktyką nazbyt częstą.

            Mam się skoncentrować na przedstawieniach zagranicznych, z pominięciem prezentacji czeskich i słowackich, których było sporo i znajdą w tym numerze oddzielne omówienie. Było ich siedem: z Anglii, Chorwacji, Francji, Niemiec, Portugalii, Rosji i Ukrainy, i można powiedzieć, że reprezentowały siedem rożnych typów lalkarstwa, niemalże nieporównywalnych. Kto wie zresztą, czy właśnie w owej nieporównywalności nie tkwi przyczyna atrakcyjności współczesnego lalkarstwa. Stephen Mottram, angielski solista marionetkarz, wystąpił obok Charlesa Feuerberga z Kijowskiego Miejskiego Teatru Lalek, twórcy monodramu opartego na motywach z życia Janusza Korczaka, polegającego na grze aktora z lalką. Francuski zespół Amoros et Augustin, ocierając się o konwencję filmu animowanego, pokazał w spektaklu Bunt na Bounty jak nieograniczone są możliwości teatru cieni. Rosjanie z teatru Ogniwo odświeżyli strywializowaną nieco konwencję czarnego teatru.  Pacynkowy Godot Becketta z niemieckiego Figurentheater Gingganz dla polskiej publiczności mógł się wydać jakby „echem” głośnego przed kilkoma laty spektaklu Białostockiego Teatru Lalek Polowanie na lisa Sławomira Mrożka: podobny ciężar literacki przedstawienia, choć nie tak atrakcyjna (z pewnością nie tak dynamiczna jak w spektaklu Tomaszuka), okazała się  inscenizacja plastyczna. Zaś jakby pendant do dziewiętnastowiecznej rozprawy Kleista O teatrze marionetek była super współczesna i studyjna zarazem Trzecia stacja Joao Paulo Cardoso z portugalskiego Porto. Świeżości zabrakło w Pinokiu z teatru lalek w Rijece, ale 30-minutowy chorwacki bryk z Collodiego przemknął tak szybko, że nie sposób było się zmęczyć.

            Z perspektywy całego festiwalu być może wcale nie te wspomniane wyżej spektakle okażą się najważniejsze, ale też trudno je pominąć. Zwłaszcza kilka.

            Luc Amoros i Michele Augustin występowali w Polsce kilkakrotnie. Dokładnie 10 lat temu byli w Bielsku-Białej z Pinokiem w brzuchu wieloryba. Dobrze jest mieć w pamięci także inne ich spektakle, jak Puberg czy Sunjata, by szukać odpowiedzi na pytania o drogę, którą zmierzają i cel, jaki pragną osiągnąć. Bunt na Bounty to oczywiście teatr cieni, choć kto wie czy nie bliżej stąd do filmu animowanego, bądź – w innej perspektywie – powiększonego do rozmiarów okna scenicznego komiksu. Muzyka wykonywana jest na żywo przez kilkuosobowy zespół. Po scenie uwija się kilkoro animatorów, schowanych za rozlicznymi ekranami, źródłami światła, rekwizytami. U dołu sceny wyświetlane są po polsku kwestie wygłaszane przez bohaterów. Pomysłowość twórców wydaje się nieograniczona. Efekt  płynącego żaglowca, obojętne czy leniwie popychanego przez fale czy też walczącego z morską burzą, może przyprawić o zawrót głowy. Niczym za pośrednictwem sprawnego kamerzysty i ruchomej kamery mamy możliwość obserwowania pokładu, to znów kapitańskiego mostku, jakiejś kajuty usytuowanej głęboko pod pokładem czy znów jaskółczego gniazda, nawet drobnych rekwizytów, zbliżeń twarzy bohaterów etc. Akcja przenosi się z miejsca na miejsce. Przygoda goni przygodę, efekty następują jeden po drugim. Ale jeśli przyjąć, że teatr jest odwrotnością owej samonapędzającej się machiny migających obrazków, Bunt na Bounty może okazać się pusty i efekciarski. Dla tak błyskotliwych efektów warto jednak poświęcić kilkadziesiąt minut.

            Całkowitym przeciwieństwem teatru akcji i efektu był monodram Feuerberga Wszystko będzie dobrze Iriny Uwarowej i Siergieja Jefremowa. Uczestniczymy w przejmującym misterium pożegnania, zbyt wczesnego i całkowicie niepotrzebnego. Feuerberg-Korczak spędza ostatnie minuty w otoczeniu swoich wychowanków-dzieci (lalki zrobione z główek-piłeczek obciągniętych kolorowymi chusteczkami i osadzonych na długich ołówkach). Toczy się niby normalne życie: dzieci się droczą, bawią i płaczą, stary doktor przykuwa ich uwagę wspomnieniem szopki zapamiętanej z dzieciństwa (scenka pospiesznie sklecona ze starej walizki doktora). Wątek herodowy wprowadza element  zagrożenia, który za chwilę okaże się rzeczywistością. Przeplatają się elementy kultury polskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Kulminacją jest ostry, warczący dzwonek telefonu i wydobywający się z niego głos  zapowiadający śmierć. Na dźwiękach Ave Maria Feuerberg zbiera swoje lalki, tuli je i niknie w mroku. W spektaklu kijowskim nie ma lalkarskiej wirtuozerii, ale jest prawda przeżycia, jest mistrzowskie aktorstwo Feuerberga i siła oddziaływania na widownię, która zamiera w bezruchu jakby naelektryzowana. Ten teatr ma moc oczyszczającą.

            Sterylny, beznamiętny i zimno-piękny teatr zaproponowali Portugalczycy z Porto, bodaj pierwszy raz goszczący na bielskim festiwalu. Trzecia stacja Joao Paulo Cardoso i Isabel Barros, reżysera i scenografa oraz autorki choreografii, jest wynikiem współpracy teatru lalek i teatru tańca. Anegdota zawarta w przedstawieniu, miłosne wspomnienia kobiety-tancerki, nie jest zbyt przejrzysta, z pewnością pozbawiona wyraźnej dramaturgii. Zaletą spektaklu jest harmonia ruchu tancerki, tańczącej na pierwszym planie, i działań lalek, pokazywanych w głębi sceny, w oknach, jakby w półcieniach. Kolejne obrazy, w których dominującymi kolorami jest czerwień i czerń, pozwalają widzom przenikać magią teatru, wyczarowaną z ruchu i światła, pokazywaną tu jakby w zwolnionym tempie. Spektakl portugalski jest swoistym eksperymentem, drążącym granice języka współczesnego teatru lalek.

            Uzupełnieniem do dyskusji o języku współczesnego lalkarstwa był kameralny i bardzo poetycki jednoosobowy spektakl Kopciuszka z Teatru „Ogniwo” z Moskwy, pokazany poza oficjalnym programem festiwalu. Opowieść o Kopciuszku została zaaranżowana wśród flakoników, buteleczek i perfumeryjnego arsenału zapełniającego damską toaletkę. Był to teatr przedmiotu ożywającego pod wpływem słowa: pieszczonego, melodyjnego, rozkołysanego w dziwną, przykuwającą uwagę frazę. Tu też, jak wcześniej w spektaklu ukraińskim, dała o sobie znać klasa aktorska wykonawczyni: Natalii Kotlarovej.

            Mając znów interesujący festiwal w Bielsku-Białej trudno nie zadać pytania o jego adresatów: lalkarzy nie stać na kosztowny pobyt w uroczym skądinąd zakątku Polski, publiczność lokalna okazuje festiwalowi bardzo ograniczone zainteresowanie. Więc, co dalej?