Król marionetek

 

 

Trudno dociec, skąd w naszym maleńkim lalkarskim światku istnieje takie przekonanie, że nadzieja na oryginalność, może nowe impulsy, a choćby tylko teatralną poprawność (jeśli nie chcemy drążyć naszej specyfiki czy szukać nowych dróg), tkwi w rękach specjalistów wywodzących się z innych dyscyplin artystycznych? Zapraszamy reżyserów teatrów dramatycznych, muzyków, choreografów, choć ich wiedza o lalkarskich środkach jest znikoma. Pozostaje wierzyć, że sama obecność takich twórców wpływa ożywczo na zespoły lalkarskie. Poznajemy z bliska nowe środki współczesnych sztuk widowiskowych, poszerzamy artystyczne kontakty, ale czy służymy naszej własnej dyscyplinie? Czy w profesjonalnym teatrze jest miejsce na takie studyjne ćwiczenia? Ci, którzy choć troszkę znają sztukę lalkarską nie mają kompleksów, nie muszą się wspierać obecnością twórców, mających pewnie zasłużoną sławę i talenty, ale w dziedzinie lalkarstwa będących co najwyżej nuworyszami, których zafascynowała nowa dyscyplina. Pewnie ponętna, lecz wymagająca znajomości rzeczy, jak każda wąska specjalizacja. Siła współczesnego teatru, także teatru lalek, wielce interdyscyplinarnego, polega na możliwości łączenia dyscyplin, wykorzystywania środków stosowanych w rozmaitych dziedzinach. Wszak osobą scalającą wszystko w jedną całość – gdy mówimy o teatrze lalek – jest artysta-lalkarz, jak dyrygent narzuca swoją wizję orkiestrze filharmoników, choreograf – tancerzom, czy reżyser – aktorom. Jeśli chcemy oglądać przedstawienia lalkowe, czuwać nad nimi w zasadzie też musi lalkarz, świadomy czym jest lalka, jakie są jej możliwości, po co wreszcie po nią sięga.

Król marionetek w warszawskiej Lalce to niemal autorski spektakl Izadory Weiss. Jest ona autorką scenariusza, choreografii, reżyserii, nawet opracowania muzycznego. Słyszymy (w wykonaniu Weroniki Weiss, uczennicy szkoły muzycznej) skrzypcowe wykonania siedmiu utworów Bacha oraz Wieniawskiego i Bacewicz), oglądamy dwoje młodych utalentowanych tancerzy z prowadzonego przez choreografkę  Weiss Tanztheater (Naomi Citriniti, Beniamin Citkowski). Jej teatralnymi partnerami są: scenograf i projektant lalek Jan Polewka oraz Grzegorz Turnau i Jerzy Wysocki – autorzy muzyki do kilku wykonywanych w spektaklu piosenek do słów Bolesława Leśmiana.

Mamy zatem wielkie nazwiska wspaniałych artystów, chwilami pasjonujące etiudy taneczne, efektowne partie skrzypcowe, piękną przestrzeń, interesujące marionetki, które nie opuszczają sceny, ale poza wizualną inspiracją (lub kopią) malarstwa Tadeusza Makowskiego nie ma tu ani jego klimatu, ani nawet próby ożywienia jego magicznego świata. Nie ma emocji, nie ma urzeczenia. Czuję kurz staroświecczyzny, nostalgię za czymś, co minęło, na co się przez dłuższą chwilę patrzy (jeśli czyta się konteksty). Przypominają mi się: epistolograficzne wspomnienie Juliusza Słowackiego o „wielkiej Babuni piekarni – czeladzi śpiewającej kolędy” i wertepie, a jeszcze bardziej sierotka Marysia i krasnoludki Marii Konopnickiej. I nasuwa się coraz więcej pytań: o czym to, po co to, a co to?

Tytułowego króla marionetek nie ma wcale. Chyba, że „królową” jest młodziutka skrzypaczka w białej długiej koszuli (czerwony płaszczyk odwiesza zaraz po wejściu na scenę) otoczona pięcioma marionetkami na króciutkich nitkach, prowadzonymi przez ubranych na czarno i całkowicie wytłumionych aktorów-animatorów (Michał Burbo, Beata Duda-Perzyna, Agnieszka Mazurek, Wojciech Pałęcki, Anna Porusiło-Dużyńska). Ona gra, marionetki stoją, przyglądają się, czasem podniosą rękę, czasem zrobią krok do przodu lub do tyłu. Nieco więcej działań, ale wciąż na poziomie szkolnego elementarza wykonują po wejściu na scenę dwojga tancerzy, zajmujących się swoimi partiami tanecznymi. Chwilami dochodzi nawet do bezpośredniego kontaktu tancerzy i lalek, ktoś przytrzyma rękę marionetki, któryś z aktorów westchnie. Przyglądamy się kompozycji obrazu, całkiem ładnej, na widowni wzrasta szmer, który nie przeszkadza, nie zagłusza muzyki skrzypiec. Jedyny „dramatyczny” moment pojawia się, kiedy skrzypaczka na chwilę opuszcza przestrzeń gry (znów przypomina mi się scena, tym razem z The Table, kiedy animator lewej ręki Mojżesza wychodzi w kulisy), zostawia skrzypce na stołku, które po chwili kradnie wyciskający się z kulis gruby aktor w czarnym płaszczu i kapeluszu (Wojciech Słupiński). „Wreszcie coś się zacznie” – szepcą siedzący przede mną młodzi widzowie.

Rozpoczyna się jakby część druga, składająca się z kilku zainscenizowanych piosenek aktorskich, opowiadających troszkę o tym, jak smutne jest życie, gdy nic nie wychodzi. Roman Holc w przebraniu rybaka śpiewa o nieudanym połowie (Wobec morza), Słupiński, teraz w uniformie  – wykonuje Modlitwę „o wydarzeń tragicznych przeżycie”, teatralnie zasłania się i na powrót odsłania kurtyna prowadząc nieszczęśliwą skrzypaczkę i otaczające ją marionetki w inną przestrzeń sceny, znów Holc śpiewa o błogosławionym zawodzie szewca (Szewczyk), dając czas Słupińskiemu na przebranie się do agresywnej sceny mielenia rozmaitych przedmiotów i przerabiania ich w złoto (Karczma). Kiedy chce przemleć skrzypce interweniują marionetki i skrzypaczka, i wszystko wraca do początku. Znów płynie muzyka skrzypiec, wracają tancerze, wykonują podobny choreograficzny układ, teraz więcej jest interakcji z marionetkami, równie elementarnych, całkowicie niewydobywających możliwości tej techniki, siły i efektowności animacji i lalkarskiego języka.

Wychodzę troszkę zasmucony. Pomysł na ożywienie Makowskiego wydawał się ciekawy. Zwłaszcza wobec trwającego jeszcze świętowania dokonań awangardy. Wysiłek zespołu aktorskiego niemały. Ale efekt co najwyżej przeciętny. Zabrakło dramatopisarza, zabrakło przede wszystkim artysty lalkarza (a może i technologa konstrukcji marionetek).