Lalkarski obłęd

 

[Hullu] – recenzja spektaklu lalkowego francuskiego Blick Théâtre

 

Spektakl zaczyna się kilkuminutową aktorską etiudą, która w wielu innych propozycjach teatralnych, opartych na literaturze i nieustannym dialogowaniu, wypełniłaby całe przedstawienie: troje aktorów siedzi na zsuniętych stołkach. Loïc Apard i Matthieu Siefridt po bokach, w środku Johanna Ehlert. Nie wypowiadają ani jednego słowa, nie pojawi się ono zresztą w całym spektaklu. Mężczyźni przyjmują konwencjonalne pozy, siedzą bez ruchu, kobieta co i raz wyłamuje się z tej konwencji: a to poprawia sukienkę, podnosi rękę, odgarnia włosy, zakłada nogę za nogę. Jest ustawicznie strofowana przez partnerów, przywoływana do porządku, wyłamuje się bowiem z obowiązującego konwenansu. Coraz silniej uświadamiamy sobie, że jest inna, nie mieści się w przyjętej konwencji, która ją krępuje, ogranicza, pozbawia osobowości. Po chwili jeden z aktorów sięga po talerz, którego zawartość bezceremonialnie kobieta pochłania, co stwarza pretekst do kolejnej etiudy, rozegranej w tym samym miejscu, tyle że podmiotem staje się ów talerz wirujący z rąk do rąk, zawsze jednak z pominięciem usiłującej go przechwycić aktorki. To zapowiedź zręcznościowych umiejętności wykonawców, wywodzących się ze świata cyrku, ale też uprawiających pantomimę, taniec, grę w masce, lalkarstwo i oczywiście aktorstwo. Sceny zmieniają się z kilkusekundowym blackoutem, pozwalającym widzom kojarzyć kolejne obrazy, uruchomić asocjacyjny sposób czytania spektaklu, aktorom – przygotować kolejne sytuacje, ukryć to wszystko, co należy do działań technicznych, niezbędnych, a jednocześnie odsłaniających iluzję, magię, która stopniowo wypełnia całą przestrzeń sceny. Oglądamy gotowe obrazy, ich dzianie się na naszych oczach, nie widzimy przygotowań do kolejnych scen, całej teatralnej kuchni, która musi być równie fascynująca. Niekiedy możemy się domyśleć jak zrobiono tę czy inną scenę, przydają się teatralne doświadczenia. Ale nawet wiedząc, nie tracimy zachwytu dla sprawności wykonawców. A przynajmniej w kilku obrazach stajemy bezradni. To co oglądamy przekracza naszą wyobraźnię. Widzimy coś, co jest niemożliwe do zrealizowania w realnym świecie.

Lecz i w tym właśnie tkwi sens przedstawienia. Hullu to słowo fińskie. Oznacza obłęd, szaleństwo. Bohaterka – nie radząc sobie wśród ludzi, znajdując się nieustannie w opresyjnej sytuacji – przekracza granice rzeczywistości. Wchodzi w krąg własnej imaginacji. Przenosi się jakby do innego wymiaru. Wyznaczają go człekokształtne lalki o spracowanych dłoniach, mniej więcej 120 centymetrowe, mające owalne głowy, duże nosy, zaciśnięte, niemal niewidoczne usta i głębokie oczodoły, w których błyszczą źrenice. Jedna z nich podnosi stołek, na którym siedzi kobieta, teraz z podkurczonymi pod brodą nogami. Dzieje się to w ułamku sekundy. Jeszcze przed chwilą trójka aktorów siedziała obok siebie. Teraz środkowy stołek z siedzącą aktorką podnosi się do góry. Dostrzegamy ręce lalkowego człowieczka ściskające po bokach blat stołka, za nimi całą postać animanta, odchyloną pod ciężarem do tyłu. Bliższe wniknięcie w ten obraz ujawnia tajemnicę animacji. Kobieta stoi na własnych nogach, ubranych teraz w spodnie, jej podkurczone na stołku nogi są sztuczne, choć tego nie widać, a korpus lalki jest doczepioną do talii aktorki konstrukcją animanta. Tajemnica rozszyfrowana, ale efekt rewelacyjny, a sens magiczny.

Takie lalki, doczepiane do ciała aktora i budujące wraz z nim zupełnie nowe postaci są oczywiście dobrze znane. Najczęściej z ulicznych scenek groteskowo-komediowych, obecnych w kulturze popularnej wielu krajów całego świata. Niezbyt często zdarza się jednak przeniesienie tej konwencji do artystycznego teatru, zbudowanie pełnowymiarowego spektaklu, który dotyka istoty naszej osobowości, pragnienia odkrycia przestrzeni, w której poczujemy się szczęśliwi, nawet jeśli to szczęście okaże się kolejną fantazją naszej wyobraźni, czego doświadczy bohaterka spektaklu Hullu. Fakt, że jest ona kobietą, ujawnia kolejne piętro interpretacyjne spektaklu, nie mniej ciekawe, choć tu tylko zasygnalizuję problem.

  Osią spektaklu jest rywalizacja aktorów, przedstawiających skonwencjonalizowany świat rzeczywisty, z wyimaginowanym światem człekokształtnych lalek, w którym – wydaje się – bohaterka odnajduje cel swych poszukiwań. Lalki  wciąż dźwigają tekturowe podła, duże i bardzo duże, z których powoli budują olbrzymi horyzontalny mur, zamykający całkowicie przestrzeń sceny. Każda sekwencja budowania tego muru to ekwilibrystyczna sztuka animacji lalkowej. Jeden animant wnosi wielkie kartony na własnych plecach, gnąc się pod ciężarem niemal do podłogi, inny wpycha je przed sobą na scenę, kolejny ciągnie wielkie paki, jeszcze inny działa wraz z partnerem, dwukrotnie wyższym (aktor), który uruchamia animanta znajdującego się po drugiej stronie pudła (nie mając z nim realnego kontaktu) wykorzystując jedynie siły fizyki (bezwładność i ciążenie). Budując wyższe piętra muru lalki zajmują miejsca na ramionach innych animantów, powstają lalkowe piramidy, znakomicie zharmonizowane w działaniu i teatralnym obrazie. Aktorzy też nie próżnują. W chwilach, kiedy tracimy z oczu animanty, wypełniają swoimi działaniami przestrzeń gry. Próbują rozbić mur, sforsować go. Wspinają się po kartonach wysoko do góry, ale wciąż jakaś ruchoma „cegła” okazuje się pułapką, uniemożliwiającą przedostanie się na drugą stronę. Niebywałe są sceny swoistej walki wręcz między aktorami i lalkami. W rzeczywistości oglądamy mistrzowskie aktorsko-lalkowe scenki wykonywane przez żywych ludzi, choć wrażenie jest odmienne. To animanty wygrywają pojedynki z animatorami. Bronią swojego świata z zaciekłością i pewnością, że muszą go ocalić, ochronić przed obcymi. I wygrywają!

A gdzie w tym wszystkim nasza bohaterka? Okazuje się, że świat animantów to też skonwencjonalizowana rzeczywistość. I rządzi się równie bezwzględnymi prawami. Z boku sceny co i raz widzimy gruby sznur zwisający z sufitu i oświetlony od góry precyzyjnym punktowym światłem. To jakby lina ratunkowa, która pozwala bohaterce zmienić rzeczywistość, gdy będzie tego naprawdę potrzebowała. Albo ocalić własną wyobraźnię.

Zaskakujący spektakl. Mądry, precyzyjny, perfekcyjny lalkarsko. Jest pierwszą kreacją Blick Théâtre,  Théâtre de faux – semblant  [teatr nieprawdziwy – pozór], choć jego twórcy (Johanna Ehlert, Loïc  Apard i Matthieu Siefridt) współpracowali już ze sobą w przeszłości. Powstał kilka lat temu, kiedy do grupy artystów dołączył Dominique Habouzit, odpowiedzialny za reżyserię i kilkoro innych:  Thomas Maréchal (reżyseria światła), Sébastien Guérive (muzyka i reżyseria dźwięku), Sabrina Marletta (kostiumy) i niewidoczna na scenie, ale wciąż obecna Elise Nicod (lalkarka, współautorka konstrukcji animantów).

Byłoby dobrze zobaczyć to przedstawienie na jednym z licznych polskich festiwali lalkarskich. To propozycja, która mogłaby zainspirować niejednego artystę-lalkarza.

 

Autor fotografii: Arthur Bramao