„Pinokio” Kudaszowa / Zaviałovej

Wpadłem do Sankt Petersburga w związku z jubileuszem 240-lecia Rosyjskiego Państwowego Instytutu Sztuk Scenicznych i 60-lecia istnienia tutejszego wydziału lalkarskiego. Szczęśliwie się zdarzyło, że właśnie wczoraj w Wielkim Teatrze Lalek (BTK) miała miejsce premiera nowego przedstawienia. Rusłan Kudaszow wraz z Mariną Zawiałową i świetnym teamem BTK przygotowali Pinokia Carla Collodiego. Już sam fakt wystawienia Collodiego jest dość szczególny, bo w Rosji znacznie większą popularnością cieszy się Złoty kluczyk, czyli niezwykłe przygody pajacyka Buratino Aleksieja Tołstoja, baśń inspirowana powieścią Collodiego wydana po raz pierwszy w latach 30. XX wieku i później wielokrotnie przenoszona na scenę lalkową. Spektakl BTK jest nie tylko powrotem do oryginalnego tekstu Pinokia, ale i powrotem do lalkarskich tradycji.

I to wydaje się najbardziej interesujące, a przy okazji doprawdy zaskakuje. Rusłan Kudaszow należy do pokolenia twórców-lalkarzy urodzonych w latach 60. i początku 70. ubiegłego wieku. To w zasadzie ta sama generacja co Piotr Tomaszuk w Polsce, Ondrej Spišák w Słowacji, bracia Formanowie, czy Jakub Krofta w Czechach. Jest najmłodszy z nich wszystkich. Wszyscy debiutowali na przełomie lat 80. i 90., i wszyscy odnieśli niebywałe sukcesy. Najpierw lalkarskie, potem znaleźli własne miejsce w szerokim świecie teatru i dziś do niego należą. Ich pierwsze spektakle: Turlajgroszek, Dżezinbad, Opera barokowa (O kominku…), Umarli ze Spoon River, Potudań – to przedstawienia wybitne, które nie tylko ugruntowały z miejsca ich debiutanckie pozycje, ale odmieniły ówczesne lalkarstwo. W ostatnich latach zdecydowanie głośniej o nich poza światem teatru lalek. Wracają czasem do niego, lalkarze też o nich nie zapomnieli, ale to raczej sympatie z przeszłości i pamięć źródeł.

Rusłan Kudaszow od kilkunastu lat kieruje petersburskim BTK. W ciągu tych lat teatr ten przeszedł niebywałą metamorfozę. Jest nadal teatrem dla dzieci, do których adresuje wiele przedstawień, ale sławę swoją – i rosyjską i międzynarodową – zawdzięcza spektaklom dla dorosłych i znakomitemu BTK-Fest. Spektakli dla dorosłych ma w swoim repertuarze wiele: My Zamiatina, Wij Gogola, Pieśń nad pieśniami, Hamlet. Parawan, Księga Hioba, Mewa Czechowa, Shakespeare Laboratory, by wymienić kilka. Nie wszystkie są stricte lalkowe. Kudaszow ze swoimi partnerami i aktorami, których w większości sam ukształtował przez ostatnie lata nieustannie eksperymentuje: z aktorem, jego ciałem, z przestrzenią, z rozmaitymi formami animowanymi, ze światłem, także z lalką.

A teraz Pinokio! Dla dzieci od 6 lat, całkowicie lalkowy, parawanowy, dwugodzinny spektakl silnie osadzony na tekście literackim, wykorzystujący także mniej znane wątki powieści Collodiego. To teatr marionetek. Na potrzeby spektaklu zbudowano specjalną konstrukcję marionetkową, z wąskim i szerokim oknem scenicznym. Na zapleczu uwija się kilkunastu aktorów, napięcie premierowe, ostatnie próby zapowiadały ponad 3-godzinne przedstawienie. To za dużo, stąd cięcia, korekty, jak to przed premierą, zawsze za późno, zawsze za szybko. Premiera. Kurtyna się uniosła i opadła. Spektakl się odbył. I choć jestem pewien, znając inne przedstawienia Rusłana Kudaszowa, że będzie się zmieniał, praca nie zostanie zamknięta przez długi jeszcze czas, aktorzy będą dochodzili do doskonałości, reżyser zweryfikuje przebieg całości, pewnie to i owo skróci, wyrzuci troszkę tekstu, już ta wersja premierowa zasługuje na uwagę i ma rozliczne zalety.

Przede wszystkim po raz kolejny okazuje się, że teatr parawanowy nie musi być przeszłością. Chwilami czułem się tak, jak oglądając ongiś rekonstrukcję przedstawienia Otto Moracha / Carla Fischera, szwajcarskich artystów początku XX wieku, którzy wystawiając w 1918 Pudełko z zabawkami Debussy’ego oparli się na kubistycznych formach lalek, złamali wszelkie obowiązujące sto lat temu normy, skorzystali z pomysłów wielkiej reformy teatru i zrewolucjonizowali tradycyjne lalkarstwo. Wówczas była to efemeryda, teatr nie poddaje się tak gwałtowanym zmianom. I oto mija 100 lat. Kudaszow i Zaviałova wystawiają Pinokia. Na marionetkowej scenie pojawiają się lalki, Pinokio (pięknie wystrugany z polana, podawanego przez wystające spod parawanu ręce aktorów), jest nieduży, chudy, niemal filigranowy. Marionetką jest papa Gepetto, Lisica i Kot, pies, którego uratuje Pinokia (kiedyś przyjdzie okazja do rewanżu), chłopiec, z którym odbędzie podróż do krainy rozrywek, osły – w których zostaną zamienieni, kilka innych postaci. Cześć lalek, drugiego planu (koledzy szkolni, mieszczanie) została uproszczona, są płaskie, na jednym drucie, sportretowane w rozmaitych pozach, poruszają się nieco mechanicznie, ale zawsze z wyraźną intencją uchwycenia lalkowości, nie realnego ruchu. Jeszcze inne postaci, należące do złego, dorosłego świata to wyłącznie wielkie płaskie graficzne twarze, wychylające się z boków sceny lub jej tyłu, przytłaczające Pinokia już samym wyglądem. Ta gra wielkościami, rozmaitością technicznych konstrukcji i zwłaszcza kontrastem samego Pinokia wobec jego otoczenia nadaje szczególny wymiar przedstawieniu. Potęguje dramat bohatera, drewnianego chłopca, który chce być żywy. Zwłaszcza, że przestrzeń lalkowa zamknięta jest z tyłu ekranem, a na nim odbywają się fascynujące zmiany miejsc akcji. Są to komputerowo przetworzone graficzne ruchome plany, z morzem, falami, delikatnie prześwitującymi źrenicami dobrej wróżki, która nie opuszcza Pinokia. Ta graficzna przestrzeń dekoracji jest znakomicie wpleciona w przebieg zdarzeń, chwilami bohaterowie przenoszą się w wyświetlaną na horyzoncie rzeczywistość, ale dokonuje się to wszystko jakby naturalnie, przechodzimy w inny plan akcji, w głębię morza, albo do brzucha wieloryba. Ta kombinacja lalkowo-graficzno-projekcyjna jest niezwykle atrakcyjna. Na równi z opowiadaną historią drewnianego chłopca, któremu marzy się prawdziwe człowieczeństwo, ale wciąż na przeszkodzie stają kuszące atrakcje, wydaje się nie mieć ograniczeń, żadnego kresu, po którym już nie ma gdzie pójść dalej. I w tym sensie spektakl może trwać niemal bez końca, nie ciągnie się, nie nuży.

O aktorach chciałoby się powiedzieć więcej, nie ma jednak jeszcze żadnych materiałów, nie wiem kto i co gra. Nie widzimy przecież animatorów. Słyszymy głosy, chyba szukające jeszcze właściwego tonu, niektóre gubiące się nieco w staroświeckiej konwencji zniekształconych głosów lalkarzy. Inni trafiają w punkt. To musi się dograć i z pewnością będzie dobrze brzmiało. Animacja też wymaga cierpliwej pracy. Pewnie rzadko aktorzy BTK mieli w rękach marionetki, a to wymagająca technika. Radzą sobie naprawdę dobrze, ale na wiele elementów trzeba troszkę więcej czasu. Lecz i to, co już dziś oglądamy jest zaskakująco atrakcyjne. Marina Zaviałova odpowiada za plastyczną urodę. Jest ona wyjątkowa. Piękne światło buduje Anastasia Kuzniecova, rewelacyjne efekty wizualne są autorstwa Jegora Łabrova, klimatyczną ściszoną muzykę tworzy Igor Uszakov, no i Ruslan Kudaszow – reżyser i twórca całości.

Powstaje spektakl (powstaje, bo z pewnością będzie się jeszcze doskonalił), który rzuca nowe światło na lalkarską tradycję. Posługując się współczesnymi środkami teatralnymi, mądrym tekstem, wyjątkowo pięknymi i różnorodnymi lalkami, buduje nowoczesne parawanowe lalkarstwo. Ma ono i sens i przyszłość. Zainwestowanie w tak skomplikowaną konstrukcję marionetkowego mostu sprawia, że już dziś Kudaszow rozmyśla o serii przedstawień, które będą tu wystawiane. Słusznie. Po wielu latach mamy bowiem do czynienia z odrodzeniem lalkarstwa parawanowego, nie będącego wyłącznie miejscem popisów wirtuozów-solistów, ale pełnowymiarowych spektakli, w zasadzie dla każdego widza. To teatr, w którym wszystko jest możliwe. Bo takie właśnie jest współczesne lalkarstwo.

 

Fot. archiwum BTK Sankt Petersburg