Jan Wilkowski

 

21 grudnia 2017 minie dwudziesta rocznica śmierci Jana Wilkowskiego, jednego z najwybitniejszych twórców polskiego lalkarstwa, artysty, który za życia stał się legendą.

           

Jan Wilkowski (1921-1997) nie należał do grona lalkarzy-założycieli powojennego polskiego lalkarstwa, jak choćby Władysław Jarema, Janina Kilian-Stanisławska, Joanna Piekarska, Henryk Ryl, czy Jan Dorman. Był pierwszym i może najwybitniejszym uczniem tego pokolenia. Urodzony w Warszawie, wojnę spędził w Radomiu, imając się różnych zajęć. Był żołnierzem Armii Krajowej. Myślał o studiach plastycznych, zaczął odnosić pierwsze sukcesy jako grafik. Przypadkowo zobaczył Guliwera w krainie Liliputów w teatrze Sowickich w Warszawie, potem – bodaj żona – wskazała mu afisz zapowiadający otwarcie Szkoły Dramatycznej Teatru Lalek Janiny Kilian-Stanisławskiej i uznał, że w teatrze lalek zrealizuje swoje marzenia. Jako aktor debiutował w wieku 28 lat marionetkową rolą Mefista w Pani Twardowskiej, będąc  uczniem szkoły Kilian-Stanisławskiej. Potem zagrał jeszcze Rybaka w jej słynnej inscenizacji Baśni o rybaku i rybce, ale już w 1950 zadebiutował w Niebieskich Migdałach jako reżyser składanką Bajki, lalki i piosenki do tekstów Gałczyńskiego, Tuwima, Januszewskiej i innych (prem. 10 V 1950), a rok później spektaklem Maciej Kłosek uratował teatr Kilian-Stanisławskiej przed likwidacją i wkrótce potem objął kierownictwo artystyczne Lalki (po zmianie nazwy), wynosząc w ciągu kilku lat warszawską scenę do najważniejszych teatrów lalkowych Europy.

            Wilkowski jako pierwszy wśród lalkarzy polskich nie był samoukiem. Poznawał rzemiosło, repertuar, teatralną tradycję, kulisy teatru, jego wzloty i upadki, otarł się o rozmaitych nauczycieli, praktykował jako adept sztuki aktorskiej, asystent scenografa, asystent reżysera, początkujący autor i adaptator. Jego artystyczne dorastanie przebiegało wyjątkowo szybko, ale i talent miał nieprzeciętny. I dar zjednywania partnerów. Pierwszym i najważniejszym był Adam Kilian, syn Kilian-Stanisławskiej, prawie rówieśnik Wilkowskiego. Wilkowski wraz z Kilianem stworzyli artystyczny, twórczy tandem.

            Kariera Jana Wilkowskiego w pierwszej połowie lat 50. była błyskotliwa i z pewnością wynikała ze szczęśliwych przypadków. Młody lalkarz, ulubieniec Kilian-Stanisławskiej, wkrótce pupil Jaremy, trochę grafik, trochę satyryk, początkujący autor, aktor i reżyser, wspaniały kompan, niespokojny duch, pełen odwagi twórczej, gotów do artystycznych wyzwań i ryzyka, w 1952 objął kierownictwo artystyczne Lalki i w ciągu trzech lat udowodnił, że ma i talent, i dar zjednywania ludzi, i nawet umiejętność manewrowania w trudnych czasach socrealizmu, która pozwala mu na bycie akceptowanym, nie podejmując ideologicznych zobowiązań, ani też nie rezygnując z artystycznych ideałów. To jego artystyczne zasługi sprawiły, że spośród trzech warszawskich teatrów lalek właśnie Lalkę wyróżniono, oddając jej siedzibę w Pałacu Kultury i Nauki w 1955 roku.

            Własna siedziba, po latach tułaczki w przypadkowych salach, zaprojektowana dla potrzeb teatru lalek, otworzyła nową epokę przed Wilkowskim, Kilianem, kompozytorem Jerzym Dobrzańskim i ich teatralnymi partnerami. Wilkowski nie reżyserował dużo. Cały jego dorobek artystyczny w okresie kierowania Lalką (1955-1969) zamyka się w 10 przedstawieniach i niemal wszystkie wpisują się w historię polskiego lalkarstwa. Dwa – zaznaczyły się w lalkarskim obiegu międzynarodowym. Najpierw, w 1956, Guignol w tarapatach Leona Moszczyńskiego, przerobiony przez Wilkowskiego, dwa lata później O Zwyrtale Muzykancie, czyli jak się góral dostał do nieba Jana Wilkowskiego wg Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

            XIX-wieczny francuski Guignol, postać z popularnego teatru lalek Lyonu, w inscenizacji Wilkowskiego przywołana została na zasadzie teatru w teatrze. Wędrowny lalkarz Jean (Jan Wilkowski) opowiada w swoim przenośnym teatrzyku historię Guignola, szewca. I sam, jak Guignol, jest nękany przez stróżów porządku. Akcja co i raz przenosi się ze scenki lalkowej w przestrzeń lalkarza Jeana, wędrującego na tle powiększonych fotografii Paryża, co i raz jest przerywana w brechtowskim stylu songami, które dają upust marzeniom, szansę na wypowiedzenie refleksji ogólniejszych, o świecie, o panującym porządku, „niepokojach współczesnego człowieka, zagrożonego odwiecznymi plagami ludzkiej egzystencji” (Henryk Jurkowski). I wywołuje niesłychaną reakcję młodej widowni, która wraz z uwięzionym Guignolem krzyczy na cały głos, w 1956 roku: „niech żyje wolność!” To hasło musiało brzmieć dwuznacznie, nawet w ustach dzieci.

            Wilkowski podkreślał po latach ogromny wpływ, jaki wywarł na niego samego i jego twórczość Bertolt Brecht. W trakcie pracy nad Guignolem miał szansę spotkania z Brechtem w Berlinie, podglądania jego pracy scenicznej i ten kontakt nie tylko określił kształt jego pierwszej ważnej inscenizacji, ale i przyszłe teatralne myślenie. Guignol przyniósł polskiemu lalkarstwu pierwsze, wielkie, międzynarodowe sukcesy. Jak to często i w sztuce bywa, o wszystkim zadecydował przypadek. Na wielkim i po raz pierwszy po wojnie odbywającym się w bloku sowieckim Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Lalek w Bukareszcie (Rumunia), Polskę mieli reprezentować Ryl i Jarema ze swoimi teatrami. W ostatniej chwili znalazło się też miejsce dla warszawskiej Lalki, a jej Guignol w tarapatach został nagrodzony Grand Prix i złotym medalem festiwalu.

            Wilkowski z Kilianem wkrótce po bukareszteńskim sukcesie wspięli się na lalkarskie szczyty. Ich następny spektakl, Zwyrtała Muzykant, według wielu opinii uchodzi za największe osiągnięcie inscenizacyjne polskiego teatru lalek. Zdaniem znakomitego lalkarza niemieckiego Harro Sigela – to „najlepsze przedstawienie w historii lalkarstwa światowego”. Odkrywało folklor góralski i jego niezwykły kształt teatralny – poprzez język opowieści, dramaturgię zdarzeń, muzyczność, aż po wyprowadzone z ludowej sztuki figuratywnej, z zamkniętych w drewnianych ramkach malowideł na szkle, lalki Adama Kiliana. Naiwność, poetyckość i niezwykły artyzm zarazem wyróżniały to przedstawienie, przez wiele następnych lat reprezentujące polski teatr lalek na najważniejszych europejskich imprezach, nie wyłączając festiwalu dei Due Mondi w Spoleto (Włochy) czy sezonu Teatru Narodów w Paryżu. Wilkowski i jego teatr znalazł się na chwilę w centrum uwagi artystycznej Europy, pokazywany był obok Baletu XX wieku Maurice’a Bejarta i znakomitych filharmoników pod batutą Herberta von Karajana, oglądany i komentowany przez dziennikarzy różnych krajów. Jego samego uznano w Paryżu w 1959 „najlepszym lalkarzem sezonu Teatru Narodów”. Takich honorów nikt przed nim nie uzyskał.

            Wilkowski dotarł nie tylko do wyrafinowanej i dorosłej publiczności. Zyskał niebywałą aprobatę najmłodszej widowni. Z kilku powodów. Już w 1956 Guignol w tarapatach trafił do szybko rozwijającej się telewizji. Najpierw spektakl Lalki był w dwóch odcinkach transmitowany przez telewizję na żywo z teatru. Później, co sprawiło powodzenie tej emisji, stał się podstawą do zbudowania serialu telewizyjnego pt. Teatrzyk w koszu Wilkowskiego, Aliny Korty i Wandy Szerewicz, z którym Wilkowski jako żywoplanowy Janek (a zarazem odtwórca lalkowej roli Nijakiego) gościł w tysiącach domów telewidzów regularnie, niemal przez dziesięć lat. Teatrzyk w koszu w reż. Bohdana Radkowskiego poprzedziły telewizyjne występy Jana Wilkowskiego jako Janka Telewizora w inscenizacjach wielu bajek znanych autorów w latach 1957-1959. O popularności Wilkowskiego zadecydowała zresztą jego szeroka działalność telewizyjna, która z latami zajmowała go bardziej niż własny teatr (dość wymienić telewizyjne seriale z Ulą (Ula z Ib, Ula z IIb, Ula i świat) czy Skrzatem Dzięcielinkiem (Przygody Skrzata Dzięcielinka). 

Choć i w Lalce Wilkowski znalazł drogę do najmłodszych. Na potrzeby Lalki napisał i wprowadził na scenę teatralną nowego bohatera, misia Tymoteusza Rymcimci, który stał się ulubieńcem publiczności, postacią znaną wszystkim widzom teatralnym całej Polski. (W 2009 Białostocki Teatr Lalek opublikował w niezwyczajnej formie sześć sztuk Wilkowskiego z cyklu o Tymoteuszu Rymcimci, pt. Miś Rymcimci, ed. Marek Waszkiel, red. Halina Waszkiel, oprac. graf. Andrzej Dworakowski, Białystok 2009.) Wkrótce też zaadaptował i wystawił Tygrysa Pietrka Januszewskiej, budując podwaliny pod nowoczesny polski repertuar teatralny dla najmłodszej widowni. Pół wieku później wciąż trudno sobie wyobrazić repertuar jakiegokolwiek teatru lalek bez sztuk Wilkowskiego o Tymoteuszu i jego adaptacji Januszewskiej.

            Lata 1955-1962 były niezwykłym okresem ekspansji Jana Wilkowskiego i skupionego wokół niego zespołu twórców. Nikomu nie udało się dorównać ich osiągnięciom, a w następnych latach sukcesy artystyczne Wilkowskiego-Kiliana otoczone zostaną pamięcią legendarną. Aż do lat osiemdziesiątych, kiedy legenda niespodziewanie przemówiła i powtórzyła sukces z końca lat pięćdziesiątych, co tę legendę nieprawdopodobnie umocniło.

Wilkowski przez całe życie unikał polityki i zdołał w nią nie zabrnąć, choć musiał czuć jej oddech na plecach, a ona sama dość zasadniczo wpłynęła na jego karierę. W 1969, jakby rykoszetem po 68 roku, został wyrzucony z teatru. Poszło o Wicka Warszawiaka, przygotowywany w Lalce nowy spektakl Wilkowskiego, w którym bohater wzywa na pomoc walczącej Warszawie śpiących pod Giewontem rycerzy, a ci z religijno-patriotyczną pieśnią na ustach i z wyciągniętymi mieczami fruną na północ. Wilkowski nie zgodził się na zmiany, w efekcie któregoś dnia zastał zamknięty swój gabinet, a rzeczy wyrzucone na korytarz.

Po odejściu z warszawskiej Lalki, w latach 70. Jan Wilkowski współpracował i z telewizją, i z kilkoma teatrami lalek, związał się nawet na dłużej, jako reżyser, najpierw z Guliwerem (1971-1973), potem z Białostockim Teatrem Lalek (1975-1979, 1983-1986). Wyreżyserował w ciągu dekady z dziesięć przedstawień, w zasadzie użytkowych, teatrom potrzebnych z racji repertuarowych powinności, jemu samemu – z powodów życiowych. Dużo pisał, ale przede wszystkim pochłonęła go belferska przygoda: sześć lat dziekanowania i niemal piętnaście wypełnionych dydaktyką i pracą pedagogiczną na Wydziale Lalkarskim w Białymstoku. „Uczyłem się razem ze swoimi studentami – pisał po latach. – Razem z nimi przeżyłem wiele zawodów; nie tylko nimi, także i sobą. Ale równie dużo radości wspólnych osiągnięć, odkryć i zaskoczeń. A co najważniejsze – udało mi się wielu z nich wprowadzić w trans tworzenia, pogodzić z koniecznością błądzenia, kiedy się szuka, i przyzwyczaić do doskonalenia tego, co się uznało za niezłe, tak długo i cierpliwie, aż się poprawi go na lepsze.”

            Jan Wilkowski był współtwórcą dzisiejszego Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Współ-, bo rzeczywistym twórcą białostockiej uczelni był Krzysztof Rau. Ale to właśnie Wilkowski sprawił, że szczególna atmosfera Wydziału odcisnęła się tak silnym piętnem na białostockich absolwentach, a poprzez nich na polskim teatrze lalek, którym białostoccy absolwenci zawładnęli. To Wilkowski sprawił, że wielu młodych ludzi odnalazło swoje miejsce wśród lalek, to Wilkowskiego zasługą było wreszcie i to, że umiał nie tylko budować mit wielkiego teatru lalek, ale taki teatr z własnymi wychowankami robił. Miał więc nie tylko autorytet wielkiego pedagoga, ale jednocześnie autorytet wielkiego artysty, który to czego uczył umiał nazajutrz zrealizować; z tymi właśnie – których nauczał.

            W tym tkwi chyba jedna z podstawowych prawd o Janie Wilkowskim. Związał się z Akademią Teatralną w momencie nie najlepszym dla siebie. Była połowa lat siedemdziesiątych. Zmuszony do odejścia z warszawskiej Lalki, z teatru który stworzył i określił, tułał się po innych scenach, choć nie umiał znaleźć na nich miejsca. Satysfakcję czerpał wówczas bodaj z pracy w telewizji, ale nie mogła ona zastąpić teatru. Szkoła i nowa funkcja nauczyciela były dla niego wyzwaniem. Pojawił się w niej jako artysta już legendarny, wszak największe sukcesy polskiego lalkarstwa związane były z nazwiskiem Wilkowskiego. I choć były to sukcesy sprzed lat kilkunastu, z końca lat 50., to wciąż żywe, wciąż powracające, wciąż przekładalne na międzynarodową wysoką reputację, już nie Lalki, ale Wilkowskiego. W pierwszych latach szkolnych wystarczała jego sława, dawna sława, i ciepło, które roztaczał wokół siebie, i mądrość, która z niego promieniowała, i niezwykły dar słuchania, i talent, pedagogiczny talent, który ze zdumieniem sam w sobie odkrywał. Pierwszym rocznikom absolwentów to wystarczało. Opuszczali szkołę z jego słynnym błogosławieństwem „idź i graj” i choć nie tracili z Wilkowskim więzi, poszukiwali własnej drogi twórczej.

Ale w początku lat 80. nastąpił kryzys. Wielu spośród nas przeżywało wówczas czas zwątpienia; zastanawialiśmy się, czy cokolwiek w ogóle ma jeszcze sens. Wielu młodych ludzi, rzuconych w różne strony Polski, traciło wiarę w sens nie tylko teatru, ale życia. Wychowankowie Jana Wilkowskiego też doświadczali takich stanów. Przyjeżdżali do Warszawy, gdzie mieszkał Jan Wilkowski, pisali listy, telefonowali, mówiąc: „Dziekanie, giniemy! To wszystko, czego nas uczyłeś nie istnieje. Udowodnij, że teatr, to coś więcej niż zwykła profesja, że warto!”

            I Wilkowski przyjął wyzwanie. W Szczecinie, w tamtejszym teatrze lalek Pleciuga, powstał spektakl zatytułowany Rzecz o Jędrzeju Wowrze, złożony z dwóch części: Spowiedzi w drewnie i Żywotów świętych. Spowiedź w drewnie Jana Wilkowskiego jest bodaj najpiękniejszym tekstem jaki napisano dla teatru lalek. Jest to spowiedź artysty, rzeźbiarza ludowych świątków, z dzieła jego żywota, z prac jakie wykonał, z wizerunków świętych, którzy są teraz sędziami. Twórca jest rozliczany przez swoje dzieło. Ten spektakl udowadniał sens lalkarstwa, pokazywał, że teatr lalek jest samoistnym gatunkiem sztuki, teatrem aktora i lalki, nie jakiegoś infantylnego niby-teatru, kukiełkowego „fiku miku”, do jakiego sprowadzono w pewnym momencie profesję lalkarza, z niewiedzy, z myślowego lenistwa, z politycznego rozporządzenia, a czasem zwykłego zadufania. Ale sukces Spowiedzi w drewnie sprawił, że już nie legenda poprzedzała Wilkowskiego. Jego teatr każdy mógł zweryfikować, ocenić i nie wiem czy w ogóle są tacy, którzy mu się oparli. Powrót Wilkowskiego do teatru lalek w latach 80. był zwielokrotnieniem tej legendy.

            W rok później, już w Białostockim Teatrze Lalek, Wilkowski zrealizował z kolejną grupą absolwentów Zieloną gęś Gałczyńskiego: prawdziwy teatr cudów, teatr przedmiotów, który był już szkolną specjalnością, ale w wymiarze pełnego spektaklu zabrzmiał z nową siłą, nie tylko z powodu niezwykłych środków teatralnych (butów, czajnika, księżyca na sznurku), także zawartej w nim ironii i swoistego komentarza do otaczającej rzeczywistości. A potem jeszcze Dekameron 8,5 wg Boccaccia, z własnymi komentarzami i zaskakującą konwencją gry aktora z lalką: figurą szachową, ręką animatora czy włóczkową kulką.

            Teatr Wilkowskiego lat 80. stawał się jak gdyby w kręgu białostockiej szkoły, z niej czerpał, z doświadczeń tu zebranych. I szerokim echem teatr ten do szkoły wracał. Inspirował, pobudzał, sprawiał, że Białystok był miejscem specjalnym.

W 1990 Wilkowski ze szkoły odszedł. Miał prawie 70 lat i wciąż pełny dom studentów, absolwentów, pedagogów, tych którzy chcieli się poradzić i pożalić, tych, którym się udało i nie. Jak sam mówił na krótko przed śmiercią: „jestem Ojcem Wergiliuszem, który uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje. Albo inaczej: jestem stary, próchniejący Dewajtis polskiego lalkarstwa, który ze zdumieniem patrzy w dół i widzi na polanie dokoła siebie las wyrastających młodych dębczaków. Wydaje mi się, że ten las w dalszym ciągu mnie jeszcze potrzebuje, potrzebuje może mojego cienia i również osłony. Nawet ci, których los rozsiał dużo dalej, poza moim zasięgiem, wiem, że czasami pytają: czy Dewajtis stoi? – Stoi! – A szumi? – Szumi!”

Białystok, jak wcześniej warszawska Lalka, okazał się dla Wilkowskiego miejscem wyjątkowym. Głównie z powodu szkoły, ale w latach 80. także i teatru, w którym znalazł swoją ostatnią przystań.

Jan Wilkowski był artystą niepokornym. Pracował długo nad spektaklami i w sumie zrobił ich niewiele. Niemal wszystkie – pozostaną w historii teatru lalek. Historię jednak znamy coraz słabiej i mała szansa, by nam udało się ten proces odwrócić. Ale Wilkowski żyje w swoich uczniach, osiągnął coś, co jest istotą sztuki. Pewien wybitny twórca japońskiego Bunraku powiedział kiedyś: „nie ma znaczenia jak wielki jest indywidualny wysiłek artysty; jeśli nie poświęci się on kształceniu przyszłych generacji artystów – jego sztuka umrze wraz z nim”.

Sztuka Jana Wilkowskiego nie umarła!