Moby Dick

 

Po zobaczeniu kilka lat temu Popiołów (Ashes, 2014), a wkrótce potem Chambre noir (2017), w naturalny sposób włączyłem międzynarodową grupę teatralną Plexus Polaire i jej artystyczną liderkę Yngvild Aspeli na listę zjawisk współczesnego lalkarstwa, których nie wolno pominąć. Wówczas prowadziłem już ten blog i mogłem podzielić się refleksjami, jakie wywołały we mnie obydwa spektakle (zob. https://www.marekwaszkiel.pl/2017/10/01/plexus-polaire-popioly-cendresashes/; https://www.marekwaszkiel.pl/2018/11/03/chambre-noir/).

Yngvild Aspeli, Norweżka, zaczęła swoją karierę nieco wcześniej, wkrótce po ukończeniu najpierw szkoły aktorskiej Jacquesa Lecoqa w Paryżu, później lalkarskiej, dziś noszącej imię swojej założycielki – Margarety Niculescu, w Charleville-Mézières. Moby Dick, oparty na głośniej powieści Hermana Melville’a z połowy XIX wieku, jest jej piątą premierą i wieńczy pierwszą dekadę działalności Plexus Polaire. Teatr ten tworzą młodzi twórcy, w większości aktorzy-lalkarze, koledzy Aspeli  ze szkoły Lecoqa lub ESNAM, pochodzący z rozmaitych krajów: Francji, Norwegii, Hiszpanii, Słowenii, Estonii, Kanady, ale współpracuje ze znacznie szerszą paletą artystów (scenografów, konstruktorów, dramaturgów, muzyków, kreatorów światła i dźwięku, twórców wideo), pochodzących także z różnych krajów. Zaiste to współczesny artystyczny konglomerat teatralny, który możliwy jest dopiero w XXI wieku.

Na premierę Moby Dicka czekaliśmy wiele miesięcy. Krótkie zapowiedzi prasowe, informacje o kolejnych rezydencjach, sporadyczne, tajemnicze i ekscytujące materiały wizualne pojawiały się w sieci co i raz, ale pandemia sprawiła, że niemal zamknięta premiera odbyła się dopiero w październiku 2020, potem raptem kilka przedstawień latem tego roku w Norwegii. Właściwą eksploatację spektaklu rozpoczęły występy Plexus Polaire na tegorocznym Festival Mondial des Théâtres de Marionnettes w Charleville-Méziéres, a kalendarz prezentacji na obecny sezon teatralny wygląda imponująco.

Doświadczenie uczy, że długo wyczekiwane wydarzenie, kiedy wreszcie dochodzi do spotkania z publicznością, bywa rozczarowujące. Nabudowujemy w sobie emocje, które w zderzeniu z rzeczywistością są trudne do spełnienia. Okazuje się jednak, że nie zawsze warto ufać doświadczeniu. Spotkanie z Moby Dickiem Yngvild Aspeli dowodzi, że wyobraźnia artysty może przekraczać najśmielsze oczekiwania widza. Rozbija je w pył i kreuje sceniczny kosmos będący niemal w każdej scenie fascynującą wyprawą w nieznane, urzekające rejony piękna i sztuki.

Zamiast streszczać historię opowiedzianą przez Hermana Melville’a, wnikać w psychologiczne i metafizyczne głębiny, które prowokuje i powieść, i spektakl, posłużę się krótkim tekstem z materiałów promocyjnych Moby Dicka, by skoncentrować się bardziej na teatralnym wymiarze spektaklu. Choć wszyscy znamy losy Moby Dicka, choćby z filmu Johna Hustona z niezapomnianym Gregorym Peckiem w roli Ahaba, przypomnijmy: „Starożytny biały wieloryb i kapitan, który kieruje swój statek na zniszczenie. Bractwo szorstkich mężczyzn w łodzi balansującej na nieskończonej powierzchni podwodnego świata. W obliczu ogromu morza w ludzkim sercu pojawiają się wielkie pytania egzystencjalne. Moby Dick opowiada historię wyprawy na wieloryby, ale jest też historią obsesji i śledztwa w sprawie niewytłumaczalnych tajemnic życia. Prosta opowieść  o morskiej podróży nabiera innego wymiaru dzięki urzekającej i porywającej narracji Melville’a i zabiera nas w oszałamiającą podróż w głąb ludzkiej duszy. Z siedmioma aktorami, pięćdziesięcioma lalkami, projekcjami wideo, zaangażowaną w akcję orkiestrą i wielorybem wielkości wieloryba Yngvild Aspeli wystawia Moby Dicka, wspaniałego potwora literatury.”

 

Przestrzeń, w której rozgrywa się widowisko, jest ogromna: kilkanaście metrów szerokości sceny, ponad dziesięć metrów wysokości. To pierwsze zaskoczenie. Przyzwyczailiśmy się do kameralnych produkcji zachodnioeuropejskich, małoobsadowych, skoncentrowanych na sztuce animacji, na budowaniu finezyjnych relacji pomiędzy aktorem i lalką. Tego spektaklu nie pomieści żaden instytucjonalny europejski teatr lalek ani nawet większość scen dramatycznych. Dwudziestopięcioosobowa ekipa tworzy show, z jakim w zasadzie nie kojarzymy teatru lalek. Ale jednocześnie pokazuje ona, że lalkarstwo może mieć wymiar uniwersalny.  „Dzięki Moby Dickowi badam – mówi Yngvild Aspeli – w jaki sposób aktorstwo i lalkarstwo, muzyka i wideo, tekst i obrazy mogą się spotykać, nakładać, opowiadać równolegle, łączyć i tworzyć rozszerzony język lub fizyczne doświadczenie, w którym ‘całość’ mówi.”

 

Już pierwsza scena oszołamia. Z obydwu boków sceny swoje stanowiska mają muzycy, grający na żywo, zarazem kompozytorzy sfery dźwiękowej spektaklu i wokaliści: po lewej Guro Skumsnes Moe (kontrabasistka, gitrzystka) i Havard Skaset (gitara elektryczna), po prawej perkusistka Ane Marthe Sørlien Holen. W środku sceny, wśród oparów mgły, widnieje kilka par zmniejszających się w głąb poprzecznych mocowań kadłuba, stanowiących ożebrowanie statku. Gigantyczne, kilkumetrowe, wygięte bele są osią scenografii przedstawienia autorstwa Elisabeth Holager Lund. Jej koncepcja plastyczna obejmuje też wsparty na kilku słupach drewniany podest wypełniający okno sceny, dzielący przestrzeń na dwa piętra, których z początku nie dostrzegamy. Jakby z kadłuba statku wyłania się jego załoga, a może to członkowie rodzin wciąż wypatrujący powrotu najbliższych. Pewnie dwudziestu ludzi, w ciemnych nieprzemakalnych płaszczach sięgających stóp i w kapeluszach rybackich z szerokim otokiem chroniącym twarze przed deszczem. Ten tłum stanowi kilkoro aktorów i trzymane przez nich w obydwu rękach lalki ludzkiej wielkości. Trudno jednak rozróżnić ludzi od lalek.  Tłum porusza się do przodu i do tyłu, po chwili w całym oknie sceny pojawiają się projekcje a to wirów morskich, może smug deszczu i wyładowań atmosferycznych, a to graficznych plam przedstawiających nierzeczywistą, a jakże realną i tajemniczą zarazem przestrzeń. Magiczna scena wprowadzająca w klimat spektaklu.

Z tej grupy wyłania się aktor grający w żywym planie Izmaela (Pierre Devérines). To jedyny z załogi Pequoda, który przeżył wyprawę wielorybniczą z kapitanem Ahabem, podobnie jak w książce Melville’a pełniący funkcję narratora, przeprowadzającego nas przez zdarzenia, dzielącego się refleksjami i przemyśleniami o losach załogi statku i tajnikach ludzkiej duszy.

 

Najważniejszą postacią i zarazem najbardziej przykuwającą uwagę jest Ahab. Lalka kapitana jest ogromna, ma przynajmniej 2,5 metra wysokości. Ahab, o wyrazistej twarzy, wykonany z drewna, z luźno zawiązaną apaszką na szyi, w brązowym rozpiętym płaszczu, spod którego widać grube szare spodnie ściągnięte szerokim, czarnym paskiem i granatowy stary sweter, kuternoga, siwy starzec z rozwianymi włosami i dawno niestrzyżoną brodą, bywa animowany przez pięciu aktorów. Animatorzy są w czarnych płaszczach, głowy mają osłonięte turbanami, na twarzach noszą maski przypominające wizerunki śmierci lub ostrą, biało-czarną charakteryzację oddającą cierpienie, ból i jakiś nieuchronny smutek, prowadzący do nicości. Animacja tej ogromnej lalki jest niebywale iluzyjna, perfekcyjna i oszołamiająco sprawna. Tubalny głos Ahaba, jego działania, nie dopuszczają sprzeciwu, a ogromna sylwetka kapitana wobec ludzkich proporcji animatorów powoduje, że są oni niemal niezauważalni. Przebłyskują tylko ich trupie oblicza niczym służących gotowych wspierać swego pana bez zastrzeżeń i aż do końca.

Ahab ma więcej lalkowych kopii, ludzkich rozmiarów, i wówczas prowadzą go dwaj animatorzy. Bywa, że postaci kapitana są multiplikowane, pojawiają się w różnych przestrzeniach jednocześnie. To niezwykły skrót inscenizacyjny Yngvild Aspeli, pozwalający w tym samym momencie obserwować działania Ahaba w różnych perspektywach, w rozmaitych proporcjach. Mamy do czynienia ze swoistym realizmem magicznym, gdzie wszystko jest prawdziwe i zarazem nierealne. Jedną z piękniejszych scen spektaklu jest podwieszenie wielkiej lalki Ahaba do kilkunastu okrętowych linek i zdalne animowanie postaci, unoszącej się w przestworzach, górującej nad całym wykreowanym światem, światem jego fantazji, marzeń i zbliżającego się upadku.

Żonglowanie przez reżyserkę proporcjami jest ważnym elementem spektaklu. Widać to w wielu scenach. Na dole przestrzeni scenicznej, jakby pod pokładem Pequoda oglądamy odpoczywających w hamakach członków załogi, wydobytych z czerni punktowymi reflektorami, podczas gdy powyżej podestu, w znakomitych projekcjach wśród widocznych tylko fontann kropel wody majestatycznie porusza się biała płetwa ogonowa wielkiego kaszalota. Albo nagle, jakby z oddali, oglądamy przepływającego Moby Dicka i przylegający do jego grzbietu dwa razy mniejszy statek wielorybniczy.

 

Nie brakuje w widowisku i drapieżnych scen. Poruszające jest oskórowanie jednego z wielorybów, za którym podąża małe wielorybie dziecko. Sceny polowania pojawiają się i w innych obrazach, łączących rozmaite techniki teatralne – elementy czarnego teatru z wizualizacjami i żywą obecnością Izmaela w wykreowanej przestrzeni. Co chwila przeskakujemy z pokładu Pequoda w otwartą przestrzeń oceanu. Mieszają się i nakładają na siebie rozmaite obrazy. Ogromne wrażenie robią poruszające się majestatyczne wieloryby. Niekiedy widzimy tylko ich części, łeb kaszalota lub jego ogon. W spektaklu pojawiają się i inne stwory, oczywiście ryby, ale także syreny. To wizualna uczta. Nawet muzycy w jednej ze scen przenoszą się na centralny podest, by dźwiękiem wydobywanym z instrumentów i przejmującymi wokalizami oddać ogrom i urodę natury, siłę bezwzględnego oceanu.

 

Ahab przegrywa swoją walkę. W finale przez całą wielkość okna scenicznego przesuwa się gigantyczna lalka Moby Dicka. Musi on mieć grubo ponad 20 metrów. Wielkie oko kaszalota się porusza, podobnie jak boczna płetwa. Natura zwycięża. Ludzkie ambicje są śmiertelne.

 

Ale to ludzie właśnie są w stanie utrwalić piękno otaczającej nas rzeczywistości i przenieść je w sferę metajęzyka, uogólnienia, umieścić poza konkretnym czasem i przestrzenią. Wielka w tym zasługa projektantów światła, Xaviera Lescat i Vincenta Loubière oraz twórcy wideo Davida Lejard-Ruffet, którzy wyczarowują przed publicznością niezapomniane obrazy, składają je w następujące po sobie sekwencje, albo rozrzucają, pozostawiają w cieniu. Realizm magiczny tego spektaklu przypomina największe dzieła iberoamerykańskiej literatury. Zaciera się czas, zaciera się granica między prawdą a iluzją. Okrętowe liny, morskie mapy, przeżyte emocje toną w szaleńczym wirze myśli kapitana Ahaba. A my, widzowie, mamy okazję wejrzenia w głębię oceanu.

Moby Dick Yngvild Aspeli to niezwykły spektakl: błyskotliwy, rozświetlony wizualnością i rewelacyjnym lalkarskim rzemiosłem. Tak wielkie lalkowe widowisko widziałem chyba pierwszy raz w życiu.

Warto na koniec wymienić aktorów: Pierre Devérines (na zmianę z Alexandre Pallu), Sarah Lascar, Daniel Collados, Alice Chéné, Viktor Lukawski, Maja Kunšič i Andreu Martinez Costa. Lalki do przedstawienia wykonali: Polina Borisova, Yngvild Aspeli, Manon Dublanc, Sebastien Puech, Elise Nicod. A współproducentami spektaklu było ponad dwadzieścia instytucji europejskich, głównie z Francji i Norwegii, ale też słoweński Teatr Lalek z Ljubljany.

Nie mogę ochłonąć z wrażenia, że tak młoda lalkarka, aktorka i reżyserka jaką jest Yngvild Aspeli zdołała przekonać tak wiele osób i doprowadzić do finału swój wspaniały pomysł, by na sceną lalkową przenieść Moby Dicka. Jestem przekonany, że w wypadku tego przedstawienia nawet najbardziej skrajnie nastawieni widzowie czy krytycy pochylą czoło. To po prostu nadzwyczajne dzieło! (Bo, że lalkowe, to obchodzi tylko niewielką grupkę fanów tej sztuki.)

Zobaczyć koniecznie!

 

Fot. Christophe Raynaud de Lage

Kontakt
close slider


    Marek Waszkiel

    Będzie mi miło, jeśli do mnie napiszesz:

    Polityka prywatności