• Home
  • Blog
  • „Pani Twardowska” na jubileusz Lalki
InBlog

„Pani Twardowska” na jubileusz Lalki

Wygląda na to, że pomysł, by z okazji okrągłego jubileuszu 80-lecia teatru lalek wrócić do pierwszej premiery okazał się bardzo trafiony. Troszkę ponad dwa miesiące temu krakowska Groteska sięgnęła po historyczny spektakl Cyrk Tarabumba Władysława Jaremy, a zainspirowane tym tekstem i spektaklem Marta Guśniowska oraz Magdalena Miklasz-Turna, wraz z całym zespołem realizatorów i wykonawców, przygotowały nową wersję przedstawienia Tarabumba! Ale cyrk… Pisałem już o tym spektaklu i mam go w żywej pamięci (https://www.marekwaszkiel.pl/2025/09/23/groteska-wraca-do-cyrku/).

Teraz warszawska Lalka poszła tym samym torem i na swój jubileusz odwołała się do legendarnej Pani TwardowskiejJaniny Kilian-Stanisławskiej, która w wojennej zawierusze tym właśnie spektaklem inaugurowała w Samarkandzie w 1945 roku Teatr Lalek Niebieskie Migdały. Po wojnie został on repatriowany do Polski, kilka lat później zmienił nazwę na Teatr Lalka i przeżywając w ciągu minionych dekad wyjątkowe chwile chwały (za czasów Jana Wilkowskiego, a potem Joanny Rogackiej), ale i głębokie kryzysy artystyczne (najbardziej dramatyczny za Janusza Kłosińskiego), dotrwał szczęśliwie do naszych dni i od ubiegłego sezonu szuka swojego miejsca na lalkarskiej mapie Polski pod nową dyrekcją Joanny Zdrady.

Autorką tekstu jest Sandra Szwarc, obecna kierowniczka literacka Teatru. Spektakl wyreżyserowała Joanna Zdrada, scenografię, lalki i kostiumy zaprojektowała dobrze znana w Polsce Julija Skuratova z Wilna, autorką muzyki jest Iwona Skwarek, za reżyserię pięknych świateł odpowiada Damian Pawella, a na scenie uwija się ósemka aktorów Lalki.

Mówiąc najkrócej jest to piękne widowisko i mam nadzieję, że wielu premierowych widzów podzieli moją opinię. Gdyby powstało trzy sezony wcześniej bez wątpienia liderowałoby wśród licznych polskich inscenizacji upamiętniających dwóchsetlecie wydania Mickiewiczowskich Ballad i romansów. Dziś uświetnia troszkę skromniejszy jubileusz, choć dla polskiego środowiska lalkarskiego nie mniej ważny i oby rzeczywiście otwierało przed Lalką drogę na szczyt.

Przedstawienie Pani Twardowska albo Nieustraszony Adam Mickiewicz Sandry Szwarc imponuje przede wszystkim stroną wizualną. Niebanalne kostiumy Skuratovej, troszkę wymykające się jakiejś konkretnej epoce, ale zaskakująco trafnie łączące kamizelki i marynarki, czasem surduty lub peleryny, długie spodnie i krótkie, niekiedy pumpy, rozmaite spódniczki, nawet suknie, bufiaste rękawy i bombki, czapki z daszkiem, kapelusze i cylindry, pióra i wymyślne fryzury, paski, kratki i koronki. Chciałoby się powiedzieć, czegóż tam nie ma! Butelki, kufle, walizki, skrzynie, kufry…, do tego jeszcze kilka solidnych szaf ujawniających podzielone na kasetony wnętrza, w których rozmaite przedmioty, rekwizyty, nawet trupie czaszki. Szafy są na metalowych obręczach, można je przesuwać. I budować teatralną, fascynującą przestrzeń, jakiej dawno nie widziałem w żadnym przedstawieniu.

Ta przestrzeń nieustannie się zmienia. Przesycona i przebijana smugami reflektorów, efektownie rozprowadzanym teatralnym dymem, wirującymi barwami poszczególnych scen, nigdy nie traci teatralności, chwilami wręcz magicznej. Kolory są stonowane, zharmonizowane i całość nieustannie utrzymuje nas w konwencji ni to baśniowej, ni to poetyckiej, zaczerpniętej jakby z Mickiewiczowskich ballad.

 Wszystko to jest niebywale teatralne, jakby rzeczywiście samarkandzka trupa lalkarska Janiny Kilian-Stanisławskiej pojawiła się przed nami i odegrała nie tylko Panią Twardowską, ale cały szereg wątków odwołujących się do twórczości Adama Mickiewicza.

Mamy zatem widowisko przednie, żywiołowe, barwne, bogate muzycznie, dobrze skonstruowane, błyskotliwie wyreżyserowane, z zapadającymi w pamięć rolami aktorskimi. Żywoplanowy Adam Mickiewicz w interpretacji Wojciecha Pałęckiego sprawił mi wiele radości. Świetnie ucharakteryzowany na starego Mickiewicza aktor robi duże wrażenie. Można by mu co prawda nie wkładać w usta kolokwializów (np. wielokrotnie powtarzane: „no, dobra”), można by się pokusić o kwestie bazujące na mniej popularnych cytatach z wieszcza, można by przywołać jego wizerunek młodzieńczy, bardziej korespondujący z momentem pisania Ballad i romansów, ale… przymykam oko.

Pięknie partneruje Mickiewiczowi Aneta Jucejko-Pałęcka w roli Narratorki. Niezwykle atrakcyjnie jawi się Aneta Harasimczuk jako Świtezianka, znakomicie radzi sobie Nikola Czerniecka – atrakcyjna Grażyna wymachująca świecącym komiksowym mieczem, rasową rolę Pana Twardowskiego buduje Grzegorz Feluś, Jakub Tofil w roli popkulturowego Juliusza Słowackiego z wyczuciem gra, co mu kazano, choć ucharakteryzowano go na współczesnego amanta raczej, nie mającego wiele wspólnego ze Słowackim. Za to jego lalkowa rola Upiora (współczesny ludzkich rozmiarów animant) zasługuje na uwagę. Podobnie jak Jan Stasiczak w roli Mefistofelesa, mający iście diabelską energię i zapowiadający się na jednego z liderów w aktorskim zespole Lalki.

Mogłoby się wydawać, że spektakl Pani Twardowskiej to pełen sukces, bo to z pewnością przedstawienie udane, atrakcyjne i świetnie zrealizowane. Gdzie więc pułapka? Ano… lalki. Jest ich na scenie całkiem sporo. Chyba wszystkie odnoszą się do tytułowej ballady: Pani Twardowska, Mefisto, Twardowski, Żołnierz, choć pojawiać się będę i w kolejnych scenach spektaklu. Wyrzeźbił je w drewnie, według projektów Skuratovej, Rafał Budnik, wybitny polski konstruktor i twórca lalek, który szczęśliwie powrócił do zespołu Lalki. Wszystkie marionetki (bardziej w stylu czeskim niż sycylijki) są same w sobie dziełami sztuki. Zawieszone na krótkim drucie, ze sznurkami do rąk i nóg, mają pewnie ok. 80 centymetrów wysokości. Są dość turpistyczne, z wybałuszonymi oczyma, makabrycznym uzębieniem, z głowami mocno przerysowanymi, bardziej sugerującymi czaszki niż ludzkie wizerunki. Ich charaktery oddane są w precyzyjnej rzeźbiarskiej robocie, którą uzupełniają a to wielkie wąsy, a to zapięty w talii à la słucki pas, a to metalowe naramienniki, skórzane taśmy czy rozmaite konfekcyjne ozdoby.

Tak więc lalek w Pani Twardowskiej całkiem sporo – bo jeszcze wielkie kule strachów na kijach, gdzieś nawet mignęła mi jakaś pacynka – a jakby ich wcale nie było. Poza jedną sceną z Upiorem uwaga realizatorów nigdy nie koncentruje się na lalkach. W żadnym razie nie są one traktowane podmiotowo (poza kilkoma dobrymi momentami lalki Mefistofelesa). Aktorzy używają ich niekiedy jakby chcieli znaleźć zajęcie dla własnych rąk. W najlepszym razie lalki funkcjonują jako znaki postaci scenicznych, w najgorszym – dość przypadkowe rekwizyty. Są podnoszone czy przenoszone, czasem z wyprowadzonym jakimś niewielkim gestem rąk czy nóg, żadne jednak z tych działań nie zasługuje na miano animacji. Nie ma też mowy o jakimkolwiek partnerstwie aktora i lalki, o czymś, co charakteryzuje współczesne lalkarstwo. Na dodatek zdecydowanie giną wśród bogatych kostiumów aktorów i ich atrakcyjnych działań scenicznych. Szkoda, wielka szkoda!

Spektakl nosi podtytuł Nieustraszony Adam Mickiewicz i warto choć kilka zdań poświęcić scenariuszowi Sandry Szwarc, która wykorzystała różne teksty Mickiewicza, m.in. ze Świtezianki i Romantyczności, wplotła fragmenty Ody do młodości, a nawet Dziadów. I w gruncie rzeczy to spektakl o Mickiewiczu bardziej niż inscenizacja Pani Twardowskiej. Oparty jest na ryzykownej tezie, że swój dar pisarski zawdzięcza autor paktowi z diabłem. Choć pada w przedstawieniu tekst Mickiewicza, że zna przypadek Fausta Goethego, ulega diabelskiej pokusie i podpisuje cyrograf: poetycki talent w zamian za duszę. Potem jest całkiem ciekawie, zwłaszcza kiedy Mickiewicz wplątuje się w przygody i sytuacje bohaterów swoich własnych utworów lub zapowiada ich napisanie pod wpływem spotkanych postaci (Grażyna – tu córka Twardowskiego).

Scenariusz jest bez wątpienia próbą uwspółcześnienia twórczości wielkiego poety, wpisania jego postaci w styl popkultury. I jak to często z popkulturą bywa, chwilami grzęźnie w miałkości, kolokwializmach, powierzchownych, łatwych i zbanalizowanych określeniach. Ale…, jeśli tędy wiedzie droga do umysłów, serc i emocji młodych widzów – nie mam nic przeciwko. Pięknego teatru w Pani Twardowskiej albo Nieustraszonym Adamie Mickiewiczu też nie brakuje.

 

Fot. Bartek Warzecha