Halina Waszkiel
Olsztyński Teatr Lalek chce być wierny swej nazwie i sympatię do animantów widać na każdym kroku. Na przykład w korytarzu prowadzącym do małej sceny wiszą dawne i nowsze lalki z olsztyńskich spektakli, czasem zestawione z projektami scenograficznymi, tworząc swoiste muzeum. Tak bywa i w innych teatrach, gdzie można oglądać wystawy historyczne, ale trudno zobaczyć lalki z nowych premier. W OTL sztukę lalkarską ceni zarówno dyrektor, Tomasz Kaczorowski, jak i jego zespół. Aktorzy chcą uprawiać sztukę animacji, rozwijać ją i udoskonalać. Jak miło!
Warto spojrzeć na dwie niedawne premiery, ogarniające całą skalę oferty teatralnej, bowiem jedno z przedstawień adresowane jest do małych dzieci, a drugie do dorosłych.
O żółwiu, który chciał spać (premiera 30.01.2026) to spektakl rodzinny, na który można zabrać już dwulatka, ale i starsze dzieci, wraz z rodzicami, spędzą miło czas, towarzysząc rozespanemu Żółwiowi. Łóżeczko przygotowane, ząbki wyczyszczone, ale co chwila słychać pukanie do drzwi, bowiem przyjaciele Żółwia, chcąc mu życzyć spokojnego snu, wpadają z prezentami. Dzierlatka przynosi kocyk, Świstak – ciasto gruszkowe, Pajęczyca – czapeczkę, a Lew obiecuje pilnować, by nikt więcej Żółwiowi nie zakłócał snu. Hiszpański autor bajki, Roberto Aliaga, snuje ciepłą opowieść prawie bez słów, zaś ilustratorka picture booka, Włoszka Alessandra Cimatoribus, podsuwa pomysły plastyczne na kształty zwierząt.
Scenografka przedstawienia, Aleksandra Iwańczyk, buduje przestrzeń po swojemu, kreuje na scenie roślinny zagajnik, a obok wnętrze domku Żółwia, sprowadzone głównie do kilkupoziomowych schodów, otwieranych drzwi oraz wymarzonego łóżeczka w dalszym planie. Uwzględnia wszak perspektywę, w konsekwencji oddalający się Żółw ma mniejsze rozmiary. Najważniejszym meblem domowym okazuje się zegar szafiasty, obdarzony krnąbrnym charakterem i zdolnością samodzielnego poruszania się. Ten akcent w stylu teatru przedmiotów, stanowi dobry przykład tego, jak reżyser, Paweł Paszta, myśli o sztuce animacji. Otóż, wydaje się, że interesuje go czarodziejstwo i umowność ożywianej materii. Różnicuje sposoby animacji. W przypadku wspomnianego zegara nie widzimy animatora, ale lalki zwierząt prowadzone są jawnie, choć w różnych technikach.

Sylwia Wiensko prowadzi Żółwia przed sobą, animując jedną ręką głowę (z wyraziście mrugającymi oczami i otwieraną mordką), a drugą ręką – korpus, dbając szczególnie o sposób wchodzenia i schodzenia po schodach. To zadanie animacyjne powtarza się wielokrotnie, trzeba było je różnicować i uatrakcyjniać, zmieniając rytm marszu, a nawet sposób prowadzenia lalki, jak np. w scenie, gdy zmęczony Żółw w końcu zjeżdża ze schodów na swej skorupie jak na sankach.

Świstak, animowany z dowcipem przez Mateusza Mikoszę, to również lalka prowadzona przed aktorem, uatrakcyjniana na różne sposoby. Świstak podskakuje, czasem się tarza jak kłębek futra, chwilami lata, używając ogona jak śmigła w helikopterze. Co prawda, przynosi przyjacielowi pyszne ciasto, ale nie może się powstrzymać i sam zjada większość. Sporo czasu Świstak spędza na uboczu sceny, przyglądając się akcji, ale Mateusz Mikosza ani na chwilę nie zapomina o tym, by jego lalka żyła.

Dzierlatka (animowana przez Hannę Banasiak) to jawajka, z szeroko otwieranymi skrzydłami, która fruwa nie tylko nad sceną, ale nawet zapuszcza się na widownię. Z kolei Pajęczyca (Elżbieta Grad) reprezentuje marionetkę, zręcznie animowaną w plątaninie wielu odnóży. W jednej ze scen wykorzystuje nawet parę nóg naśladując robienie na drutach. Cała gama propozycji animacyjnych.

Do jeszcze innego gatunku należy Lew (Adam Hajduczenia), który składa się z wyrazistych elementów (wielka głowa, łapa z pazurami, ogon), ale nie zakrywa aktora, co jest o tyle ważne, że niektóre dzieci boją się go, więc jawna animacja podkreśla umowność i zabawę.Słowem, prościutka opowieść, nieco monotonna w narracji, zyskuje atrakcyjność właśnie dzięki lalkom oraz animacyjnym pomysłom reżysera i aktorów.
Przedstawienie dla dorosłych, Wampir (premiera 21.11.2025) zainaugurowało działalność nowej sceny OTL: Sceny na Piętrze i zostało zrealizowane w ramach projektu „Olsztyński Teatr Lalek dla dorosłych 2025-2027”, a zatem możemy oczekiwać kolejnych propozycji.
W kameralnej przestrzeni, gdzie kilkudziesięciu widzów, upchanych na krzesłach, obserwuje akcję z bardzo bliska, ważne są wszystkie szczegóły animacji. Przedstawienie zostało oparte na mało znanej powieści Władysława Reymonta pod tym samym tytułem. Ta dziwna, modernistyczna powieść grozy została wydana w roku 1911 i była chłodno przyjęta przez ówczesną i późniejszą krytykę. Dzisiaj zadziwia, bo Reymont raczej nie kojarzy się nam z fascynacją okultyzmem, spirytyzmem, Heleną Bławatską, a także motywami femme fatale. Autor scenariusza, Łukasz Staniszewski, bliższy jest podobnym tematom, bowiem fascynuje go mitologia i demonologia (opracował m.in. Antologię demonów Warmii i Mazur), choć scenariusz spektaklu, mocno literacki, raczej nie prowokuje jakichś zajmujących wątków interpretacyjnych. Reżyser, Tomasz Kaczorowski i scenografka, Katarzyna Leks są dobrze znani w środowisku lalkarskim i to im przedstawienie zawdzięcza zainteresowanie animantami, a lalki właśnie wydają się najważniejsze w tym przedstawieniu.
Obity czerwonym materiałem okrąg stanowi pole działania głównych lalkowych postaci. Animowane są wymiennie przez czworo aktorów (Agnieszka Harasimowicz, Honorata Mierzejewska-Mikosza, Agnieszka Roszko i Roman Wołosik), także ubranych na czerwono. Pięć lalek to stolikówki, zaś dwie postacie z kręgu mistycznego (wampiryczna Daisy oraz mędrzec hinduski, Mahatma Guru) to duże korpusy bez nóg, przenoszone lub przewożone na stojaku, giętkie, z wyrazistymi, przerysowanymi głowami i rękami, animowane z tyłu. Lalki „zwykłych” ludzi (pisarz Zenon, jego narzeczona Betsy, jej brat Joe, dawna kochanka Zenona Ada i jej mąż Henryk) mają około 70 centymetrów wysokości, są głównie z drewna, mają giętkie ręce i nogi, powiększone głowy, Zenon i Joe przypominają kościotrupy. Zenon nawiązuje do lalek trikowych, bowiem w miarę zagłębiania się w spirytyzm część jego twarzy zamienia się w szczękę nagiej czaszki.
Diabelska czerwień, truposze i atmosfera narastającej grozy ujęte są w nawias żartu i pastiszu. Mniej w słowach, a bardziej w sposobie animacji. Aktorzy świadomie ujawniają swój stosunek do postaci i tematu. Bardziej „obsługują” bohaterów niż się z nimi utożsamiają. Wielokrotnie jawnie pokazują swój wstręt do postaci, jak np. gdy z obrzydzeniem podają sobie zmarłego Henryka, trzymając w palcach jedną z nóg lalki, dyndającej głową w dół. Zresztą, Henryk umiera parę razy i jego śmierć nie robi na nikim wrażenia, także na nim samym.

Kształt animantów łączy brzydotę i czarny humor. Lalka Henryka ma nogi zrobione z dwóch drewnianych kul ortopedycznych, z czym kontrastuje jego rozpięta koszula w barwne wzory, w stylu wakacji w tropikach (choć akcja dzieje się w deszczowym i mglistym Londynie). Daisy paraduje z odkrytym biustem, choć mówi się, że jej oddziaływanie na mężczyzn ma charakter duchowy. Betsy i Ada, choć podobno są piękne i bogate, wyglądają marnie, w dziwnych, jakby wyświechtanych ubraniach i z nieciekawymi, nieruchomymi okrągłymi, drewnianymi główkami. Wystrój luksusowego hotelu symbolizuje przenoszona z miejsca w miejsce jedna palma w doniczce i framuga z otwieranymi, także wielokrotnie przenoszonymi, drzwiami.
Widzowie nieznający powieści Reymonta (więc zapewne niemal wszyscy) trochę gubią się w opowiadanej historii, ale jej pretekstowość jest oczywista. Może warto było wyrzucić trochę tekstu, bo w tym przedstawieniu atrakcję stanowi teatr, nie literatura. Ważni są aktorzy, którzy działają, mówią, ale nade wszystko animują lalki i poprzez animację wyrażają swój stosunek do postaci. A najważniejsze są animanty o różnych kształtach, różnych możliwościach wyrazowych i ruchowych, wkraczające w świat widzów także jako plastyczne artefakty i oryginalne środki wyrazu.
Właśnie o to chodzi w teatrach lalek, zarówno w przedstawieniach dla dzieci, jak i dla dorosłych!
Fot. Piotr Nykowski



