Grupa Coincidentia należy bez wątpienia do moich ulubionych zespołów teatralnych. Towarzyszyłem jej narodzinom, fascynowali mnie również jej teatralni mistrzowie, przyglądałem się spektakularnemu rozwojowi karier aktorskich Dagmary Sowy i Pawła Chomczyka i choć w ocenie rozmaitych spektakli czasem się różnimy, każdy nowy projekt Coincidentii skupia moją uwagę. Chyba sam nie pisałem o Sowie i Chomczyku zbyt często, bo i lalki są tylko jednym z elementów ich teatralnego świata wyobraźni. Choć oboje mają wykształcenie lalkarskie, znają wszystkie kulisy tej profesji, są jednocześnie zanurzeni bardzo silnie w sztukę współczesną, która ich pochłania. Ale inteligencji, odwagi artystycznej, ostrości spojrzenia na rzeczywistość i rozmaitych, licznych talentów wykonawczych doprawdy odmówić im nie można. W jakimś sensie magnetyzują publiczność i wiodą ją tam, dokąd postanowili podążać. I nie ma znaczenia, czy punktem wyjścia do ich teatralnych poszukiwań jest tekst klasyczny, współczesny, scenariusz czy adaptacja. A mają na swoim koncie grubo ponad dwadzieścia premier.
A teraz najnowsza, wczorajsza: Lalki. Autorem scenariusza i reżyserem jest Paweł Chomczyk, lalki zaprojektowała Aleksandra Iwańczyk, scenografię, multimedia i lalki animatroniczne przygotował Sebastian Łukaszuk, który wraz z Dagmarą Sową i Chomczykiem występuje na scenie. Partnerów i współpracowników jest oczywiście więcej, jak przystało na dzieło teatralne.

Cóż to za dzieło! Arcyspektakl! Propozycja w każdym sensie wirtuozerska. Dzieje się w kameralnej przestrzeni, w sali na nie więcej niż 50-70 widzów, całość trwa z grubsza godzinę, choć ma się wrażenie, że minęło może 30 minut. Publiczność nagradza aktorów serdecznymi brawami i pozostaje na miejscach. Wspólnie śpiewa dawny, powszechnie znany standard Country road, take me home. Trwa w poczuciu uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Może będzie bis!

Żeby opisać ten spektakl trzeba się z nim spotkać więcej niż raz. Stąd pozwalam sobie wyłącznie na garść refleksji. W przedstawieniu nie ma pustych miejsc. Scenariusz jest bogaty i błyskotliwy. Działania sceniczne wypełniają każdą sekundę. Każda scena wywołuje dziesiątki skojarzeń odnoszących się do tropów literackich, muzycznych, popkulturowych, społecznych, nie mówiąc już o odniesieniach teatralnych, zarówno związanych z konwencjami teatralnymi, życiem artystycznym, jak i organizacyjnym. A osią całości są właśnie lalki, dwie główne postaci staruszków, partnerzy, małżeństwo. Troszkę to muppety, korpusy z dużymi głowami, z mimicznymi obliczami, wciąż gadające, zaopatrzone w jedną żywą rękę animatora, kobieta – Dagmary Sowy, mężczyzna – Pawła Chomczyka. Siedzą przy zagraconym biurku, w jakimś laboratorium twórczym i oddają się dość archaicznym grom komputerowym, z epoki Atari, a ich działania obserwujemy na horyzontalnie zawieszonym ekranie. W laboratorium jest też współczesny artysta multimedialny (Sebastian Łukaszuk), siedzący z boku sceny, tyłem do widowni, zajęty obsługą przedstawienia i animacją komputerowego animatroniksa z wielkim otwierającym się okiem na ekranie. Ten animatroniks to wyzwanie współczesności, taki ChatGPT. W scenie poszukiwania tematów w literaturze – od Malinowskiego, przez Jurkowskiego, po Hitlera – proponowane przez komputer hasła są olśniewające, a każda sekwencja aż się prosi o komentarz. Sztuczna inteligencja podpowiada, jak interpretować wymieniane książki tak, by można było wykorzystać animanty.

Lalki czują się odesłane do lamusa. To temat tabu dla współczesnych twórców, ale w spektaklu to one grają pierwszoplanowe role. I choć czują się zepchnięte na margines, w każdej scenie udowadniają swoje umiejętności i możliwości. Bardzo proszę: klasyczny tekst Fredry oglądamy w mistrzowskim wykonaniu (jakże Dagmara i Paweł potrafią recytować wiersz Fredry!), a animacja lalek jest wirtuozerska. Lalki bez przeszkód ilustrują wokalne partie z opery Mozarta. Eksperyment teatralno-plastyczny właściwy teatrowi ożywionej materii – to dla lalek chleb powszedni.
Swoją drogą, scena z płachtą zgniecionego papieru zaczepionego na pionowych prętach wsadzonych w blat biurka jest majstersztykiem. Zawiera ironię i satyrę na współczesne instalacje i performatywne działania, jest jakby improwizowana, ośmiesza, wręcz kpi z rozmaitych artystycznych czynności, ale zarazem trudno jej odmówić urody, siły i emocji. Jest doprawdy piękna i mimo wszystko na takie „nic” stać jedynie wytrawnych artystów, którymi i Sowa, i Chomczyk bez wątpienia są.

Czy jest zatem coś, czego lalki nie potrafią?
Ulotka do spektaklu zawiera bardzo piękny i ważny tekst, wykorzystany w przedstawieniu, który pozwalam sobie przytoczyć w całości, bo odsłania kolejne możliwości interpretacyjne spektaklu.
„Lalki to twory osobliwe. Martwe formy ożywiane poprzez ruch nadawany przez animatora. Byty sceniczne mówiące cudzym głosem i bezczelnie go sobie przywłaszczające. Animanty drwiące bezkarnie z otaczającego świata i zasłaniające się intencjami narzuconymi im przez lalkarza, który często wypiera się autorstwa śmiałych wyroków ferowanych przez TO, czym porusza (TO jest przecież „żywą” postacią sceniczną, która powinna ponosić konsekwencje swoich słów i czynów).
Rodzi się relacja, w której nie wiadomo, kto animuje sensem, kto kryje się za kim, kto kim porusza. Lalki mogą wszystko. Pojawiają się na scenie i momentalnie stają się jej niepodzielnymi władcami. Bez skrupułów i zahamowań (do tego potrzebne byłyby uczucia – a lalki takowych nie posiadają). Zadają niewygodne pytania, obnażają wstydliwe mechanizmy, odsłaniają najbardziej skrywane tajemnice, do których dostęp może uzyskać jedynie COŚ, co funkcjonuje na granicy: życia i śmierci, komedii i tragedii, iluzji i magii, rzeczywistości i fantazji.
Lalki, zepchnięte z wielkiej sceny do offowego laboratorium, trwonią czas na grach video, rozpamiętywaniu dawnych sukcesów i niedawnych porażek oraz podejrzliwym przyglądaniu się pracy enigmatycznego artysty eksplorującego nowe przestrzenie tak zwanego teatru ożywionej formy. Marzą o wielkim, spektakularnym powrocie do show-businessu. Są gotowe do wyjścia ze strefy komfortu, odrzucenia znanych konwencji, podjęcia ryzyka improwizacji, wejścia w sceniczny dialog z nieznanym. Od teraz będą zaskakiwać, prowokować, mieszać style, przekraczać granice, wzbijać się na nieosiągalne dotąd meta poziomy, nurkować na intelektualne głębiny, katapultować nieznane dotąd emocje oraz łamać tabu!”
Lalki mogą zawładnąć światem, a nawet go zniszczyć, bo jako byty nieludzkie są pozbawione biologii. Potrzebują wyłącznie zręcznej dłoni. A może kolejne generacje animatroniksów je zastąpią? Sztuczna inteligencja coraz szerzej wkracza do ludzkiego świata, wypiera człowieka z wielu tylko ludzkich dawniej obszarów. Animant sytuuje się na pograniczu świata istot żywych i ożywianych – ożywionych bezpośrednio lub pośrednio, a także zdalnie. Ciekawe, kto w końcu naciśnie ten guzik, który wysadzi świat w powietrze – człowiek, sztuczna inteligencja czy… lalka?
Lalki Grupy Coincidentia zostawiają nas z tym pytaniem, a także zmuszają wszystkich widzów do przemyślenia dawnej i obecnej funkcji animantów w teatrze i najszerzej rozumianych sztukach performatywnych. To także spektakl o nas samych. Pomyślimy o tym wszystkim, gdy już się wyśmiejemy i przestaniemy nucić Country road…
Fot. Joanna Krukowska



