Trzydzieści pięć Walizek

Pierwodruk: Trzydzieści pięć Walizek / Thirty-five Valises, w: program 35. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Walizka / International Theatrical Festival Valise, Łomża 9-12.06.2022, ss. 8-15.

               Czy Łomża mogła stać się polskim Charleville-Mézières? Pewnie to zbyt życzeniowe pytanie. Wprawdzie obydwa miasta należą do niewielkich, obydwa mieszczą się w biedniejszych, wschodnich częściach swoich krajów, ale dzieli je zasadniczo infrastruktura, mimo wszystko środki finansowe, jakimi dysponują, a i siła lokalnych środowisk, ambicji władz oraz wizji artystów, którzy związali się z francuskim regionem, dziś już Grand Est, i tracącą swoje wpływy Łomżą: przez ponad dwie dekady miastem wojewódzkim, dziś 60-tysięczną stolicą powiatu. Zatem – nie mogła.

Wszak gdzieś na przełomie XX i XXI wieku łomżyński festiwal już okrzepł, wpisał się pomiędzy najważniejsze polskie imprezy lalkarskie, a w województwie podlaskim był wówczas jedynym teatralnym wydarzeniem tej rangi, niezależnie od ambicji Białegostoku, z silnym, znanym i rozbudowującym się teatrem lalek, rosnącą pozycją Akademii Teatralnej, wkrótce jej studenckim festiwalem lalkanielalka i rodzącymi się nieustannie nowymi grupami teatralnymi wyłaniającymi się z kolejnych roczników absolwentów.

Łomżyńska Walizka wciąż jest obok Bielska-Białej i Opola, a ostatnio także Wałbrzycha, jednym z najważniejszych polskich festiwali lalkarskich. Jesteśmy w przededniu jej 35., jubileuszowej edycji. To dobry moment do spojrzenia wstecz, na festiwalowy dorobek. I także próbę podsumowania. By posłużyć się wykorzystywanym przez lata łomżyńskim sloganem – co nam przyniosła Walizka?

Zaglądałem do łomżyńskiego Teatru Lalki i Aktora wielokrotnie. Na premiery, na spektakle, ale przede wszystkim właśnie na Walizkę. Uczestniczyłem w ponad dwudziestu festiwalowych edycjach. Jako juror, towarzysząc spektaklom teatrów, z którymi byłem związany, wreszcie jako uczestnik-gość festiwalu. Obejrzałem w Łomży grubo ponad dwieście prezentowanych tu spektakli. Wiele z nich mam wciąż w pamięci, pokazywanych w rozmaitych salach: domów kultury, szkół, w prowizorycznych pomieszczeniach teatru, zanim ten doczekał się własnej siedziby w budynku byłej straży pożarnej. Zawsze panował tu wyborny klimat mimo rozmaitych niedostatków, często rozpalonych do czerwoności sal mieszczących nadmiar widzów, albo zbyt dużych przestrzeni, słabo dopasowanych do wymogów teatralnych. Życzliwość i troska organizatorów rekompensowała jednak wszelkie niedogodności. Łomża stawała się w kilka majowo-czerwcowych dni miejscem spotkań z przyjaciółmi, zajmujących rozmów o teatrze, miejscem, gdzie wirowały emocje, zachwyty i spory. Mieszkańcy miasta też polubili tę imprezę, bogaty program imprez ulicznych przyciągał tłumy, a i kameralne, czasem trudne spektakle, nie tylko dla dzieci, skupiały ciekawą teatru publiczność. Zbudowała ona na przestrzeni lat środowisko prawdziwych miłośników teatru, zwłaszcza dominującego tu teatru lalek. Obok Charleville-Mézières Łomża jest bodaj jedynym miastem na świecie, gdzie festiwal dał okazję do poznania i zaprzyjaźnienia się z właścicielami kawiarni i restauracji, sklepów rozmaitych branż, przedziwnych, przypadkowych spotkań podczas przedstawień czy codziennych wędrówek po mieście. Przez lata rozpoznawaliśmy się dzięki papierowym, bardzo efektownym, walizkom wręczanym uczestnikom, zawierającym rozmaite festiwalowe gadżety i drukowane materiały. Zachowałem ich sporą kolekcję.

Wszystko zaczęło się trzydzieści pięć lat temu dzięki pasji łomżyńskiego poety Henryka Gały, pewnie także swoistej ambicji lokalnych urzędników wojewódzkich i miejskich, ale zwłaszcza marzeń i skuteczności dyrektora Gały, których przecenić nie sposób, mimo że on sam pozostał na środowiskowym marginesie. Powołując w 1987 roku najmłodszy (i ostatni zarazem w Polsce Ludowej) Państwowy Teatr Lalek w Łomży, nie mając ani siedziby, ani profesjonalnego zespołu (pozyskał wprawdzie kilkoro lalkarskich seniorów), a w gruncie rzeczy dysponując też minimalnymi środkami finansowymi, mierzył się z wyzwaniem, któremu – wydawało się – sprostać nie mógł. Zachowałem w pamięci bodaj pierwszą prezentację łomżyńskiego teatru na III Ogólnopolskich Spotkaniach Teatrów Lalek w Białymstoku w 1989 roku, festiwalu, w którym z nakazu administracyjnego miały obowiązek uczestniczyć wszystkie państwowe sceny lalkowe. Działający od kilkunastu zaledwie miesięcy zespół łomżyński pokazał Oczy węża w reżyserii Ildusa Zinnurowa i poniósł sromotną klęskę. Nigdy chyba nie słyszałem tak powszechnie i publicznie wyrażanej krytyki i braku akceptacji dla artystycznego efektu spektaklu (także spektakli dwóch innych państwowych teatrów).

Henryk Gała przetrwał niepowodzenia, w kilka miesięcy po uruchomieniu teatru powołał Ogólnopolskie Spotkania Teatru w Walizce. Z początku było to raczej lokalne święto. W pierwszych trzech edycjach dominowały zespoły prawie amatorskie, czy półprofesjonalne. Henrykowi Gale zależało na „teatralnej rozmaitości”, nie miał przecież żadnych pieniędzy na podróże czy honoraria, a zależało mu bardzo na wzbogaceniu teatralnej oferty. Nie tylko dla mieszkańców Łomży. Występujące maleńkie grupy grały w całym regionie, w wioskach, dokąd teatr nigdy nie docierał. To była taka praca u podstaw, silniej edukacyjno-upowszechnieniowa, choć zdarzały się artystyczne niespodzianki, jak występ Magdy Banach, Polki z Argentyny i zarazem studentki warszawskiej ASP, która pokazała entuzjastycznie przyjętego Ikara, zrealizowanego przy pomocy rzeźb poruszanych żyłkami.

Od 1991 roku łomżyńskie spotkania powoli przekształcały się w przegląd repertuaru niezależnych teatrów prywatnych. Tu zdobywały ostrogi białostockie grupy Klapa (Tymoteusz Rymcimci) i Pacuś, Tadeusz Wierzbicki przebojowo wkraczał z Teatrem małe i, wielokrotnie gościł Grzegorz Kwieciński i jego Teatr Ognia i Papieru, Nieformalny Teatr Animacji Korzunowiczów, pojawił się Teatr Rzeczy Znalezionych z Opola, łódzki Antrakt, wkrótce Teatr IV Piętra z Wałbrzycha, Conieco Mariana Ołdziejewskiego, poznański BIS, Teatr Wierzbak, jeszcze później Unia Teatr Niemożliwy, supraskie Okno, Walny-Teatr. Joanna Rogacka sformułowała kiedyś taką tezę, że Henryk Gała organizując Spotkania w Walizce wyprzedził o kilka lat zjawisko, które w latach 90. pojawiło się jako wyraźny już nurt w polskim lalkarstwie: teatr prywatny, niezależny, wcześniej niemożliwy (czy prawie niemożliwy) do zrealizowania w rzeczywistości PRL-u.

Piątą edycję (1992) przygotowywał już nowy szef teatru w Łomży, Zbigniew Głowacki i wspierający go w roli kierownika organizacyjnego Jarosław Antoniuk. Powołano festiwalowe jury.  Odtąd szerszym nurtem weszły teatry instytucjonalne. Erupcja indywidualnych aktorskich inicjatyw zbiegła się, niestety, z błyskawicznym ubożeniem państwowych scen, które łatwo zaanektowały tę nową, kameralną formę widowisk, a dysponując wciąż silnym zapleczem techniczno-warsztatowym zepchnęły wiele teatrów nieinstytucjonalnych w strefę cienia. Łomżyńska Walizka zrezygnowała więc z lansowania młodych grup teatralnych, stawiając na warsztat, profesjonalizm i jakość, zachowując wymóg kameralności, ograniczonej liczbą występujących aktorów i wielkością przestrzeni scenicznej. Swoją drogą często aktorzy teatrów instytucjonalnych podejmowali własne próby budowania spektakli, eksploatowanych w ramach teatralnego repertuaru lub nie, ale powstających dzięki wsparciu macierzystych teatrów. Tak było w Poznaniu, łódzkim Arlekinie, Lublinie, Katowicach i w innych teatrach.

W 1994 Głowackiego na stanowisku dyrektora Teatru Lalek i szefa Łomżyńskich Spotkań Teatru w Walizce zastąpił Jarosław Antoniuk i z jego nazwiskiem kojarzyć się odtąd będzie Walizka. Obok Henryka Gały, który wylansował ideę festiwalu, to właśnie Jarosław Antoniuk jest rzeczywistym twórcą imprezy, która w 1997 podczas jubileuszowej X edycji przyjęła nazwę Łomżyńskiego Festiwalu Teatru w Walizce, trzy lata później uzupełnioną słowem: Międzynarodowy.

Teatry ze świata pojawiły się w Łomży znacznie wcześniej. Pierwszym byli bodaj francuscy klowni z Association Compagnie. Od 1994 gościły już regularnie teatry z sąsiadujących krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Ukrainy, Rosji, potem Słowacji, Litwy, Niemiec, dalej Łotwy, Bułgarii, Węgier, Białorusi, Czech i zwłaszcza krajów byłej Jugosławii: Bośni i Hercegowiny, Serbii, Czarnogóry, Chorwacji, Słowenii. Wschodnioeuropejskie instytucjonalne teatry przyzwyczajone były do praktyki ponoszenia wszelkich kosztów festiwalowych w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie oraz szansę występu poza własną siedzibą, cóż dopiero w innym kraju. Ostatnie lata XX wieku zaczęły tę praktykę kwestionować, choć w wielu miejscach przetrwała ona do dziś. Dlatego też stosunkowo łatwo było pozyskać instytucjonalnych międzynarodowych uczestników, zwłaszcza z krajów bliskiego sąsiedztwa. Miały one przecież też niemało do zaprezentowania. Na długo widzowie zapamiętali Tymoteusza Rymcimci  ze Lwowa, Szałaputki z rosyjskiego Niżnego Tagile, ukraińskie spektakle z Symferopola i Kijowa, wileński Teatr Lele, grodzieńską Tragedię Makbeta, iwanowskie Wiedźmy, by wymienić kilka spektakli i teatrów. To w Łomży właśnie, w 1999 roku, pierwszą międzynarodową prezentację miał Władimir Zacharow, który w swoim jednoosobowym teatrze 2 + Ku pokazał Jasia i łodygę fasoli, demonstrując oryginalną i całkowicie nowatorską technikę lalek nadgarstkowych. Zacharow, tragicznie zmarły przed kilkoma laty, stał się wkrótce twórcą szeroko znanym, a liczni jego uczniowie do dziś na całym świecie posługują się wymyśloną przez niego konstrukcją. W Łomży był festiwalowym objawieniem, otrzymał jedną z głównych nagród, przegrywając jedynie z błyskotliwymi Szelmostwami Skapena Teatru Montownia.

Choć łomżyńska Walizka uznawana jest za festiwal lalkowy, regulamin nie ogranicza teatralnych środków i niekiedy dopuszczano tzw. przedstawienia „nielalkowe”. Najczęściej dotyczyło to widowisk plenerowych, zawsze silnie w Łomży obecnych i będących magnesem dla mieszkańców miasta, ale i w programie głównym pojawiały się spektakle aktorskie. Walizkę cechuje bowiem od samego początku otwartość, ucieczka przed jakimkolwiek środowiskowym gettem i ten bogaty wachlarz jest wciąż utrzymywany, zwłaszcza że także świat teatru lalek coraz silniej przeniknięty jest  sztuką aktorską, działaniami plastycznymi i alternatywnymi.

Być może w poszukiwaniu tej teatralnej (ale i lalkarskiej) różnorodności program Walizki po 2000 roku koncentrował się coraz silniej na prezentacji spektakli zagranicznych. Stanowiły one odtąd mniej więcej trzy czwarte festiwalowych pokazów. Powody były zapewne rozmaite. Łomżyński teatr lalek rósł w siłę. Chciał zaznaczać swoją obecność na świecie, a własny festiwal i zapraszane z innych krajów przedstawienia, to zawsze doskonała okazja do nawiązywania nowych kontaktów, przyjaźni i podejmowania współpracy z teatrami z zewnątrz. Jarosław Antoniuk coraz regularniej wyjeżdżał z własnym zespołem do miejsc, z których zapraszał spektakle, z czasem w wielu teatrach (zwłaszcza byłej Jugosławii) reżyserował. Korzystał więc i łomżyński teatr, i festiwal. Zresztą marzenie o umiędzynarodowieniu festiwalu towarzyszyło Walizce niemal od samego początku. Na przeszkodzie w zapraszaniu przedstawień zachodnich stał wcześniej skromny budżet, bo oferty pojawiały się już w początku lat 90.

Takim otwarciem na szeroki świat była zapewne XIX festiwalowa edycja z 2006 roku. Liczba zgłoszeń do udziału w festiwalu przekroczyła wówczas 50 aplikacji, a w Łomży po raz pierwszy pojawiły się spektakle z od dawna wypatrywanego Zachodu: Argentyny, Holandii, Norwegii, Włoch i Izraela, uzupełnione przedstawieniami z Czech i Chorwacji. I to właśnie chorwacki Las Stribora z Rijeki, znakomity spektakl z Liberca Jak Kuba za Marketą chodził, uzupełnione wrocławskim Słowikiem Anny Kramarczyk i włoskim Beckettem i Baconem  teatru Il Dottor Bostik wyróżniono głównymi nagrodami. Odtąd program łomżyńskiej Walizki każdorazowo oscyluje w granicach 12-15 spektakli, w tym 4-5 polskich przedstawień, takiejże ilości propozycji z Europy Środkowo-Wschodniej i reszty świata.

Zwłaszcza ta reszta świata wciąż przynosi geograficzne niespodzianki, ale i prawdziwe perełki. W Łomży gościły zespoły i lalkarze ze Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Chin, Indii, Iranu, Japonii, nawet Nowej Zelandii, oczywiście także z wielu europejskich krajów, nie wyłączając Islandii, o której tradycjach lalkarskich nic nie wiedzieliśmy. Ten oryginalny dobór propozycji czasem kierował naszą uwagę na klasyczne tradycyjne formy lalkarskie, jak radżasthańskie marionetki Hindusa Jagdisha Bhatta, chińskie pacynki z Zhangzhou, wirtuozersko animowane jawajki z Guangxi czy mistrzowską realizację Puncha i Judy Konrada Frederiksa z Wielkiej Brytanii; czasem wskazywał na oryginalne poszukiwania nowych form teatralnej wypowiedzi, jak choćby w pięknym spektaklu Teatru Aria z Iranu I on powiedział: zobaczysz dziś, jutro, pojutrze. W 2018 pojawił się w Łomży nawet legendarny  amerykański Bread & Puppet Theatre Petera Schumanna, wciąż funkcjonujący, choć wielkie dni artystycznych osiągnięć ma on już dawno za sobą.

Sukcesy w Łomży odnosili wspaniali artyści i zespoły. Kilkakrotnie gościł tu niemiecki Theater des Lachens z wybitnymi przedstawieniami Franka Soehnle Kleist, a potem Don Kichot, Duda Paiva prezentował Złotego konia zrealizowanego w Łotewskim Teatrze Lalek, Hiszpanka Rosa Diaz – Kamień na kamieniu, Aleksiej Leljawski – Dlaczego ludzie się starzeją z Białoruskiego Teatru Lalek w Mińsku, węgierska Ciróka – Opowieść o dziewczynce w kolorze niebieskim, Oleg Żiugżda – Pikową damę z Grodna, włoskie Teatrodistinto – Czarną owcę, słoweńscy lalkarze z Mariboru – Jak Shemiel szedł do Warszawy, petersburski Karlsson Haus – Opowieść o Wani i tajemnicach rosyjskiej duszy, czy choćby z ostatniej edycji Ulrika Quade Company z Coco Chanel.

A było tu przecież i wiele znakomitych polskich spektakli, poczynając od Toporlandu Unii Teatr Niemożliwy, Baldandersa Marcina Bartnikowskiego i Marcina Bikowskiego, Żywotów świętych osiedlowych Agaty Kucińskiej, po Huljet, Huljet krakowskiego Teatru Figur i Rutkę łódzkiego Arlekina, nie wspominając o wielu innych spektaklach, dużych i małych teatrów. Z programu imprez towarzyszących też dałoby się ułożyć listę znakomitych propozycji, bo występowały tu przecież, niekiedy wielokrotnie, m.in. Teatr Ósmego Dnia, Teatr Biuro Podróży, Klinika Lalek, KTO, Teatr AKT, Dźwiękowiązałka Sambora Dudzińskiego, Pinezka Przemysława Grządzieli, Teatr Snów, Porywacze Ciał, ukraiński Teatr Voskriesinnia. A gdyby dopisać jeszcze wystawy w kameralnej Galerii pod Arkadami, prowadzonej od początku przez Przemysława Karwowskiego, prezentujące dokonania najwybitniejszych polskich scenografów, z Adamem Kilianem, Jadwigą Mydlarską-Kowal, Joanną Braun, Rajmundem Strzeleckim, Mikołajem Maleszą i wieloma innymi twórcami, otrzymamy ofertę rozległą, bogatą, wielostronną i fascynującą. Uczestnicząc przez kolejne lata w łomżyńskiej Walizce można było zapoznać się ze sztuką lalkarską na najwyższym poziomie. I niejeden młody człowiek właśnie podczas Walizki przechodził przyspieszony proces edukacji teatralnej, kontynuowany później choćby w białostockiej Akademii Teatralnej. Dzięki Walizce Łomża stała się swoistym poligonem, kuźnią kształtującą przyszłych twórców teatralnych. To wielka festiwalowa karta.

Od lat organizatorzy festiwalu są zasypywani zgłoszeniami z całego świata. Co roku napływa ponad sto aplikacji. Wybór nigdy nie jest łatwy, zwłaszcza że decyzje programowe trzeba podejmować z reguły na podstawie zapisów spektakli. Ale dziś to też znacznie łatwiejsze niż przed laty. Rejestracje spektakli osiągają doskonały poziom techniczny, czego dowiodła ostatnia edycja Walizki. Po pierwszym roku pandemijnym, kiedy niemal wszystkie światowe festiwale zostały odwołane, Łomża w 2020 roku wykorzystała krótki czas względnego otwarcia (tym razem wyjątkowo festiwal odbył się we wrześniu) i przeprowadziła imprezę, kameralną i wyłącznie w przestrzeniach otwartych, zapraszając solistów i małe formy: Teatr Nemno Henryka Hryniewickiego, Teatr Ognia i Papieru Grzegorza Kwiecińskiego, marionetkarza Krzysztofa Falkowskiego, Teatr Barnaby Marcina Marca. A ubiegłoroczną edycję postanowiono przeprowadzić w formie hybrydowej: przedstawienia polskie grane były na żywo przed publicznością, zespoły zagraniczne prezentowały się online na wielkim ekranie w nowej łomżyńskiej Hali Kultury, znakomitej przestrzeni teatralnej. Oczywiście emocje płynące z zapisów nigdy nie zastąpią żywego kontaktu z aktorem i lalką, ale byłem zaskoczony, jak wiele szczegółów, często umykających uwadze widza w sali teatralnej, wydobywa kamera, pozwalająca skoncentrować się czasem na detalu, na scenie – bywa – niezauważalnym. Rzecz jasna niektóre spektakle mogą nawet „zyskać” na takiej prezentacji, inne stracić. 34. edycja Walizki odsłoniła nowe tematy i komplikacje uprawiania profesji teatralnej dziś, w zmieniającej się i niepewnej rzeczywistości.

Co przyniesie 35. Walizka? Zobaczymy. Nie mogę jednak oprzeć się chęci sformułowania choć kilku zdań związanych z przyszłością festiwalu. Jaki będzie? Za rok czy pięć lat, bo że będzie trwał, nie mam najmniejszej wątpliwości. Walizka wrosła w Łomżę, jest najpiękniejszą i najbardziej promującą miasto imprezą kulturalną. Ale zawsze warto pochylić się nad jej przyszłym kształtem. Może zachować swój obecny format, jednego z dużych europejskich festiwali lalkarskich. Ale takich jest wiele i pewnie nadal fundusze łomżyńskie nie dorównają tym z Charleville-Mézières. Selekcjonerów nie będzie stać na podróżowanie po świecie w poszukiwaniu atrakcji. Na dzieła uznanych mistrzów Łomży także zabraknie pieniędzy. A może przyszedł czas, by powrócić do idei Henryka Gały i pierwszych edycji Jarosława Antoniuka, by znów skoncentrować się na niezależnej twórczości artystów lalkarzy, choćby w ramach specjalnego Walizkowego nurtu? Trzydzieści pięć lat temu prawie go nie było. Dziś błyszczy na całym świecie, także w Polsce i w krajach naszego regionu. Być może najciekawsze zjawiska lalkarskie powstają dziś w kręgu twórców niezależnych. Pewnie jeszcze długo nie będą oni mieli gdzie się pokazywać. Zachodnioeuropejskie domy produkcyjne to nie jest specjalność ani polska, ani wschodnioeuropejska. Koncentracja na takich zdarzeniach teatralnych, jak choćby Romans Natalii Sakowicz, Bezimienny/Nieznany Fundacji Gra/nice, Podmieniec Grupy Wolność, by wymienić kilka polskich spektakli z ostatniego sezonu, to szansa na zbudowanie sprofilowanego festiwalu, jakich nie ma na świecie, a który mógłby być specyficznym oknem na świat. Kiedyś takim oknem na świat był festiwal w Bielsku-Białej: Zachód oglądał tu to wszystko, czego nie mógł poznać u siebie, Wschód – to, co do nas nie mogło dotrzeć. Oczywiście, wówczas dzieliły nas nieprzekraczalne granice. Dziś dzieli nas dostępność do sal. Tylko czy Teatr Lalki i Aktora w Łomży, scena instytucjonalna, znajdzie w takiej formule, poza artystycznymi rzecz jasna, korzyści dla siebie?

To już zupełnie inne pytanie. Tymczasem pora otworzyć Walizkę po raz trzydziesty piąty i zobaczyć: co nam Walizka przyniosła.

Kontakt
close slider


    Marek Waszkiel

    Będzie mi miło, jeśli do mnie napiszesz:

    Polityka prywatności